Ariana | Blogger | X X

27 marca 2019

Jak NIE promować, czyli o działaniach, które są antyreklamą dla książek

Nietrudno zauważyć, w jakim kierunku zmierzają działania większości blogerów książkowych (i nie tylko blogerów, ale ogólnie osób, które w jakiś sposób starają się promować literaturę; bookstagramerów czy booktuberów). Nie jest to droga w dobrą stronę, a wręcz przeciwnie – podejmowane przez nich działania, skutkują zupełnie czymś odwrotnym i pełnią raczej funkcję antypromocji, a chyba nie o to chodziło, prawda?

Czytaj to, co promujesz

Ile razy już natknęłam się na pieśni pochwalne na temat książki, której ktoś nie przeczytał? Nie jestem w stanie policzyć, ale to, zapewniam Was, DUŻA liczba. Widzicie post zachęcający do sięgnięcia po dany tytuł, wchodzicie w sekcję komentarzy i okazuje się, że osoba nawet nie liznęła pierwszej strony, a mimo wszystko poleca książkę. Gdzie tu logika? Chwali coś, z czym nie miała na dobrą sprawę w ogóle styczności. Czy można tu mówić o jakiejkolwiek wiarygodności? Nie. Czy działa to jak antyreklama? Tak! 

Nie kradnij zdjęć

Trochę o kradzieży zdjęć i o wykorzystywaniu ich bez zgody autorów można przeczytać u Eweliny z My Fairy Book World we wpisie Siedem grzechów głównych blogerów książkowych. Ja jednak chcę nawiązać do tego typu działań w zupełnie innym kontekście. Wykorzystywanie fotografii znanych modeli, gwiazd, a nawet prywatnych zdjęć z Instagrama czy różnego rodzaju albumów przy tworzeniu grafik promocyjnych jest już na porządku dziennym. Warto jednak zauważyć, że to zwykła kradzież i nie działa w pozytywny sposób na promocję danej książki, a tym bardziej na wizerunek samego blogera. Odbiorca zamiast pomyśleć “O, ten bloger polecił mi naprawdę świetną książkę i robi fantastyczne grafiki”, będzie mówił “O, to ten bloger, który kradnie zdjęcia i nie szanuje pracy innych”. Jest różnica? Ogromna. 
Chcesz przygotować jakąś grafikę z cytatem, zapowiedzią czy wypowiedzią autora? Zajrzyj do banków zdjęć, znajdziesz tam setki, tysiące, a czasami nawet miliony udostępnionych fotografii, które możesz wykorzystywać do woli; możesz je przerabiać, jak tylko sobie wymarzysz. Ewelina wspominała o dwóch stronach, z których można korzystać: pexels.com oraz pixabay.com, ja zachęcam do zajrzenia jeszcze na unsplash.com, freepik.com oraz kaboompics.com. To kolejne trzy źródła, z których możecie korzystać. Zawsze jednak sprawdzajcie, na jakiej licencji wisi dane zdjęcie. Na każdej z tych stron widnieje informacja o licencji, na jakiej można wykorzystać fotografie. Przykładowo na Kaboompics jest specjalna zakładka, w której znajdziecie wszystkie istotne informacje, tj. na jakiejś licencji są wszystkie zdjęcia, czy można je modyfikować, przerabiać, a nawet sprzedawać. Korzystajcie z legalnych źródeł i twórzcie swoją markę. To będzie miało pozytywny wpływ zarówno na książki, które promujecie, jak i na Was samych!

Nie spamuj

Do premiery książki zostały trzy miesiące, a Ty już masz przygotowanych setki bannerów, które zamierzasz umieszczać codziennie w swoich mediach społecznościowych? Błąd! Twoi odbiorcy mogą poczuć się przytłoczeni informacjami, które im dostarczysz. Wspominanie każdego dnia o danym tytule nie jest dobrym posunięciem, z tego względu, że będzie to zwykłe spamowanie (a spam nie jest zjawiskiem aprobowanym przez 99% z nas). Krótko mówiąc, nie sraj grafikami, bo ludzie w końcu zaczną tym rzygać i osiągniesz odwrotny skutek do zamierzonego. Będą uciekać w popłochu przed książką, którą tak namiętnie promowałeś, bo będą mieli najzwyczajniej w świecie dosyć.

Nie rób materiałów promocyjnych z błędami 

Wiecie, co zniechęca mnie do sięgnięcia po książkę? Materiały promocyjne, które nie dość, że są niechlujnie zrobione (ale to już opowieść na inny wpis), to w dodatku zawierają masę błędów. I z tego, co zauważyłam, nie tylko mnie to skutecznie odstrasza od książki. Można mówić, że tak naprawdę takie rzeczy nie mają znaczenia, bo liczy się książka i jej treść, ale czy tak faktycznie jest? Przeglądając fanpage naprawdę nietrudno natknąć się na bannery promujące literaturę, które mają literówki, przecinki w nieodpowiednich miejscach, odstępy między znakami interpunkcyjnymi. Pytanie: to błędy w książkach, które bezmyślnie kopiują blogerzy czy nieumiejętność poprawnego zacytowania fragmentu? Najsmutniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że osobom, które decydują się robić takie grafiki, nawet nie chce się poprawić tych błędów. Jasne, każdemu zdarza się popełnić jakąś gafę, coś źle skopiuje, przepisze, to normalne. Jednak jestem zdania, że warto przykładać się do tworzenia takich rzeczy, one też są niejako naszą wizytówką, zresztą nie tylko naszą, ale również naszej strony. Nie rozumiem jednak osób, które nagminnie popełniają takie błędy i są zbyt leniwe, by je poprawić, nawet gdy ktoś zwraca im na to uwagę.

Kiedyś natknęłam się na post na jednej z grup książkowych. Pewna blogerka udostępniła grafikę z cytatem, który był przepełniony błędami. W sekcji komentarzy pojawiły się sugestie, by poprawiła go, bo to w ogóle nie zachęca do sięgnięcia po książkę. Czy blogerka zareagowała? Oczywiście, ale takiej reakcji chyba nikt z komentujących się nie spodziewał. Dziewczyna zaczęła się żalić, że komentującym nic nigdy nie pasuje, zawsze muszą się do wszystkiego przyczepić i ogólnie, że robią z igły widły, a taka pomyłka, to przecież nic takiego. Czy to prawidłowa reakcja? Nie. Kiedy tworzymy bannery, warto zostawić sobie plik, na którym pracowaliśmy w programie. Zawsze można do niego wrócić i poprawić literówkę. To naprawdę nie zajmuje wiele czasu. A komentującym wystarczy odpowiedzieć, że poprawimy błąd, bo faktycznie taka grafika nie wygląda zachęcająco. Można? Można, ale tak jak wspominałam, przez większość osób przemawia lenistwo. 

Dbaj o estetykę tworzonych treści

Skuteczną antyreklamą dla książek są grafiki promocyjne, na których nic nie widać. Dosłownie. Przenikające się słabej jakości zdjęcia, na nich umieszczony długaśny cytat, obowiązkowo użyty fikuśny font lub taki, który nie obsługuje polskich znaków, przez co na grafice jedyne, co rzuca się w oczy, to krzaki zamiast liter. Dodajmy jeszcze do tego maksymalnie rozciągnięte wyrazy, które wręcz są ucinane w połowie oraz brak jakichkolwiek marginesów, a otrzymamy skuteczną antyreklamę książki. Czy jest sens tworzyć materiały, z których nie jesteśmy w stanie czegokolwiek wywnioskować? Nie. Odbiorca widząc tak niechlujną grafikę, nie będzie marnował czasu na znalezienie informacji, co tak właściwie jest na niej napisane, a tym bardziej nie będzie sobie zawracał głowy, by szukać książki, z której pochodzi rzekomy cytat. Czy to dobra reklama dla książki? Absolutnie nie. 

Mimo że każdy z nas ma inne poczucie estetyki, powinniśmy zwracać uwagę na pewne normy, które obowiązują przy tworzeniu bannerów. Warto zastanowić się, jaka grafika będzie najatrakcyjniejsza dla naszego odbiorcy, co zwróci jego uwagę. Uwierzcie, od chaosu będą uciekać i to jak najszybciej. Czasami wystarczające okazuje się jednolite tło + cytat lub DOBREJ JAKOŚCI zdjęcie i dobrze wkomponowany tekst. Najważniejsze, by treść, którą tworzymy, była czytelna. Zrezygnujcie z fikuśnych fontów, czcionek, które nie posiadają polskich znaków oraz odręcznego pisma. W bannerach sprawdzają się zazwyczaj proste rozwiązania. Spróbujcie umieścić na jednolitym tle (np. granatowym) biały cytat. Zastosujcie najzwyklejszy font, chociażby Times New Roman, dobierzcie odpowiedni rozmiar, zachowując odstępy od krawędzi z każdej strony. Na grafice umieśćcie okładkę książki w wersji 3D (jeżeli macie oczywiście do niej dostęp). Trudne? Nie. Estetyczne? Tak.

Nie bądź słupem ogłoszeniowym

Filtruj treści, które zamieszczasz na swoich kontach w mediach społecznościowych. Lepiej udostępnić jedną-dwie wartościowe informacje na temat danego tytułu, niż co pięć minut udostępniać posty, które dla potencjalnego odbiorcy nie mają większego znaczenia. Nie raz i nie dwa widziałam na fanapage’ach wiele postów, które były praktycznie o tym samym. Były udostępniane bezmyślnie, bez jakiegokolwiek komentarza ze strony autora fanpage’a. I wyobraźcie sobie, że potem wchodzicie na Facebooka i wyświetla Wam się dziesięć postów o identycznej treści. Czujecie się zmęczeni? Bo ja tak. 

Nie wchodź w tyłek autorom i wydawcom

To jedno z popularniejszych działań blogerów, nie licząc akcji z kradzieżą zdjęć. Wazeliniarstwo i wchodzenie w tyłek to norma. Ja rozumiem, że niektórzy autorzy uwielbiają, gdy ludzie komplementują napisane przez nich książki i ich samych, a każdą kulturalną negatywną wypowiedź na temat książki traktują jako coś złego i obrazę majestatu, ale litości. Według mnie, takie zachowanie blogerów, wyrządza pisarzowi więcej krzywdy niż pożytku. Ba, autor przekonany o swojej zajebistości, sam robi sobie krzywdę. Podobnie jest z wydawnictwami. Pomyślcie o tym, jak to świadczy o Was samych. Czasami można złapać się za głowę, patrząc na to, co robią blogerzy, by zaimponować autorom. Wiecie, że dochodzi nawet do sytuacji, w których blogerzy dają książce 10 gwiazdek na Lubimy Czytać, po czym po premierze zmieniają ocenę na o wiele niższą? Co kieruje takimi osobami? Po co zmieniają oceny w tak krótkim odstępie czasu? Czyżby książka nie była tak fantastyczna, jak opisywali na blogach? Gdzie w tym wszystkim wiarygodność? Takich “występków” i dziwnych zachowań jest więcej: recenzje pochwalne przepełnione słodyczą i milionem emotikon, od których robi się niedobrze, czułe słówka, spijanie sobie z dzióbków, faworyzowanie z jakiegoś dziwnego powodu jednego wydawcy…, wymieniać dalej? 

Wiecie, że wazelina jest śliska, prawda? A na śliskim można łatwo się poślizgnąć. Upadek natomiast może być naprawdę bolesny. 

Krótko podsumowując, kochani blogerzy oraz czytelnicy, MYŚLCIE, gdy zamierzacie podjąć jakieś działania. Róbcie wszystko w zgodzie ze sobą. Nie próbujcie zaimponować autorowi lub wydawcy, bo naprawdę nie warto. Nie musicie udostępniać miliona grafik, atakować innych, na siłę przekonując, że książka waszego ulubionego autora jest perfekcyjna, a tym bardziej nie musicie chwalić czegoś, co wam najzwyczajniej w świecie się nie spodobało. Nie musicie robić tego wszystkiego, by was ktoś docenił. Pomyślcie o autentyczności i szczerości. To POWINNO być najważniejsze. A czy jest? Oceńcie sami. Pomyślcie też o tym, czy podejmowane przez was działania, faktycznie działają jak promocja, czy wręcz przeciwnie.

Jestem ciekawa, jakie jest wasze zdanie na ten temat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...