PRZEDPREMIEROWO: „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher

Tytuł: Najlepszy powód, by żyć
Tytuł oryginalny: Najlepszy powód, by żyć
Cykl/seria: ? (tom 1)
Autor: Augusta Docher
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: OMGBooks
Liczba stron:
Data wydania: 27 września 2017

Są tematy, obok których trudno jest mi przejść obojętnie. Nie potrafię patrzeć na krzywdę, jaka dzieje się innym ludziom, na ich potknięcia, wypadki i tragedie, których nieustannie doświadczają.

Najlepszy powód, by żyć to szósta książka w dorobku autorki. Swoją premierę będzie miała za niecały tydzień, bo 27 września. Nie przeszłam obojętnie wobec żadnej książki pisarki i jak na razie strzałem w dziesiątkę okazała się seria o Wędrowcach (Eperu, Habbatum), którą mile wspominam. Z pozostałymi pozycjami bywało różnie — przypadały mi do gustu mniej lub bardziej. Byłam więc ciekawa, jaką książką okaże się najnowsze dziecko autorki.

Dominika zostaje dotkliwie poparzona i już wie, że powrót do normalności będzie trudny, zwłaszcza że diabelskiego czynu dopuścił się jej ojciec — najbliższa jej osoba. Zrezygnowana, nie chce walczyć o życie. Pomoc i wsparcie otrzymuje od młodego, przystojnego lekarza, który wierzy, że dziewczyna będzie jeszcze cieszyła się życiem. Wkrótce na jej drodze pojawia się Marcel, brat Tomasza, który od samego początku jest nią zainteresowany. Czy Dominika pozwoli, by Marcel zagościł na dłużej w jej życiu? Czy chłopak zaakceptuje Dominikę taką, jaka jest?

Wydawać by się mogło (a na to wpływ miały przede wszystkim zapowiedzi), że Najlepszy powód, by żyć to książka, która wprowadzi jakąś dozę świeżości do literatury młodzieżowej i samego nurtu New Adult, wokół którego oscyluje. Spodziewałam się naprawdę emocjonującej historii, która niejednokrotnie mnie wzruszy i zmusi do refleksji, ponieważ wydarzenia opisane w książce powstały na kanwie historii, która miejsce naprawdę. Skoro podstawą do napisania tej książki były takie wydarzenia, wierzę, że autorka rozeznała się w temacie i skrupulatnie się do tego przygotowała. W Najlepszym powodzie, by żyć natrafimy na realistyczne opisy terapii oraz rehabilitacji. Samemu wypadkowi też nie mam nic do zarzucenia, ponieważ został porządnie opisany przez Augustę Docher.

Narracja prowadzona jest naprzemiennie — raz z perspektywy Dominiki, raz z Marcela oraz od czasu do czasu poznajemy punkt widzenia Tomasza. Rozdziały nie zostały jednak oznaczone imieniem bohatera, którego myśli w danym momencie poznajemy, dlatego początkowo trudno jest się połapać, z którą z postaci mamy do czynienia. Zamiast normalnego podziału na rozdziały, autorka postawiła na ukazanie wydarzeń z dwóch perspektyw czasowych: teraz i przedtem. 

Fundamentem każdej książki są emocje. Jeżeli ich jednak nie ma, a sama powieść nie wywołuje w czytelniku jakichś większych odczuć i nie angażuje go w historię, to trudno mówić tu wyłącznie o małym uchybieniu ze strony autora. Niewątpliwie opis fabuły zapowiadał emocjonującą historię, pełną uniesień i wzruszeń, jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Najlepszy powód, by żyć jest nudny i niedopracowany. Jeżeli miałabym określić tę pozycję dwoma słowami, powiedziałabym: niewykorzystany potencjał. W tej książce zabrakło mi dosłownie wszystkiego: dobrze skonstruowanych portretów psychologicznych postaci, ciekawie rozwijającej się akcji, ukazania problemów w sposób, który faktycznie trafiłby do mnie tak, jak powinien oraz przede wszystkim — emocji. To one powinny tu odgrywać najważniejszą rolę, tymczasem obok wszelkich wydarzeń i sytuacji, w których znaleźli się bohaterowie (a szczególnie Dominika), przeszłam zupełnie obojętnie. Książka, która miała wywołać ogrom emocji, tak naprawdę sprawiła, że nie czułam czegokolwiek. Nie potrafiłam współczuć bohaterom, których postępowanie wydawało mi się irracjonalne i sztuczne. Chciałam jak najbardziej poznać Dominikę i wątpliwości, jakie nią targają, ale tego jej jojczenia, bo inaczej ciągłych narzekań nie da się nazwać, nie potrafiłam znieść, a jestem w miarę cierpliwym człowiekiem.

Nie wierzę w uczucie, które pojawiło się między Dominiką a Marcelem. Głównie dlatego, że tak, jak w przypadku Dance, sing, love Layli Wheldon, to uczucie pojawia się nagle i po prostu jest, a my nie mamy okazji dowiedzieć się, jak ono kiełkuje. Owszem, pojawia się kilka momentów, w których bohaterowie zachwycają się sobą nawzajem, ale według mnie to trochę za mało, by faktycznie mówić o prawdziwym, wszechogarniającym uczuciu. Relacja tej dwójki rozwija się bardzo szybko, jak na mój gust, zbyt szybko. Dominika staje się zagadką dla Marcela, przez co chłopak chce ją poznać, ale to, co robią bohaterowie, zupełnie do mnie nie przemawia. Ich zachowanie jest czasami dziwne, a oni mają wypaczone spojrzenie na rzeczywistość, która ich otacza.

Najbardziej w całej powieści spodobał mi się wątek z Tomaszem — bratem Marcela, który pojawił się dość niespodziewanie w życiu Dominiki, ale zdecydowanie był najjaśniejszym punktem tej powieści. Niestety, ale nie zagościł na dłużej w książce, ponieważ jego wątek bardzo szybko się urwał, co nieco mnie rozczarowało. Myślałam, że faktycznie będzie miał większy udział w całej historii, jednak może autorka poświęci mu więcej uwagi w kolejnej części.

W Anatomii uległości język, którym posługiwała się Augusta Docher, stanowił najmocniejszy atut książki. Polubiłam styl autorki — plastyczny, z dużą dozą barwnych opisów i bogatym słownictwem. Tym bardziej więc jestem zdziwiona, ale też rozgoryczona tym, na co natknęłam się w najnowszej powieści pisarki. Miałam wrażenie, że czytałam książki dwóch zupełnie różnych autorek, a nie jednej. Co więcej, próba wprowadzenia slangu młodzieżowego i po raz kolejny angielskich wstawek wypadły niekorzystnie. Sformułowane zdania, często krótkie i urwane, sprawiły, o czym informuję ze smutkiem, że ledwo przebrnęłam przez te 400 stron. Bardziej przemówiłaby do mnie powieść, która, owszem, jest napisana prostym językiem, ale nie jest stylizowana na gwarę młodzieżową, ponieważ wyglądałoby to o wiele naturalniej niż to, na co natknęłam się na kartach powieści.

Po zapoznaniu się z tą historią czuję rozgoryczenie. I to duże. Ostatnimi czasy natrafiałam na same dobre książki polskich autorów (z jednym wyjątkiem), a co za tym idzie — coraz częściej zaczęłam po nie sięgać. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję, że czas, by sobie zrobić przerwę od twórczości polskich autorów.

Zakończenie wprawiło mnie w lekkie zdezorientowanie, ponieważ od samego początku myślałam, że to historia jednotomowa. Nigdzie nie natknęłam się na informację, że Najlepszy powód, by żyć rozpocznie jakąś serię. Tymczasem ostatnie strony sugerują, że to nie koniec historii Marcela i Dominiki. Początkowo przez myśl mi przeszło, że autorka wolała zostawić historię z otwartym zakończeniem, jednak im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się to niedorzeczne, aż w końcu dałam sobie spokój z tymi przypuszczeniami.

Najlepszy powód, by żyć to książka z niewykorzystanym potencjałem. Pomysł autorki i inspiracja prawdziwą historią mogłyby wprowadzić dozę świeżości do nurtu New Adult, jednak problem leży przede wszystkim w sposobie, w jaki została opisana ta historia. Zabrakło wielu elementów, które powinny spajać tę opowieść w całość. Pozostałam obojętna na wszelkie wydarzenia opisane przez Augustę Docher, przez co nie jestem w stanie powiedzieć praktycznie nic pozytywnego na temat tej pozycji.
***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu OMGBooks.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję drogi czytelniku, że postanowiłeś przeczytać ten post. Będzie mi bardzo miło, gdy pozostawisz po sobie jakiś ślad w postaci komentarza i zmotywujesz mnie do dalszej pracy! :)

Pozdrawiam, Ola.

© Agata | WS.