„Feed” (2017)

Tytuł: Feed
Tytuł oryginalny: Feed
Gatunek: dramat
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2017
Czas trwania: 95 minut
Reżyseria: Troian Bellisario
Obsada: Troian Bellisario, Tom Felton, Ben Winchell, 
Dystrybucja: -
Trailer: KLIK

Choć od premiery w USA minęło już trochę czasu, nie zauważyłam, by ktokolwiek zainteresował się tym filmem. Cała otoczka związana z tą produkcją przeszła bez większego echa: Zapewne gdybym nie śledziła instagramowych kont Troian Bellisario i Toma Feltona, umknąłby i mi ten tytuł. Nie mówi się o nim dużo, ba, nie zauważyłam, by w ogóle ktoś był nim zainteresowany. 

Feed to dramat z 2017 roku, w którym w główne role wcielili się Troian Bellisario (Pretty Little Liars) i Tom Felton (Harry PotterMurder in the first). Troian nie tylko odgrywa jedną z kluczowych ról w tej produkcji, ale jest także pomysłodawczynią i autorką scenariusza do tego filmu. Zanim zagrała w serialu, który przyniósł jej dużą popularność, borykała się z zaburzeniami odżywiania, które doprowadziły ją do anoreksji.


Głównymi bohaterami filmu są bliźnięta Olivia (Troian Bellisario) i Matthew (Tom Felton) Greyowie. Są ze sobą niesamowicie zżyci i zawsze mogą na sobie polegać. Wychowują się w zamożnej rodzinie, w której panują żelazne zasady. Z dwójki rodzeństwa to Olivia musi robić wszystko, aby zaimponować rodzicom: ma mieć perfekcyjne oceny, bo w końcu bycie prymuską zobowiązuje, nie może pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa ani na wychodzenie w tygodniu, bo jej nie przystoi. O wiele większą swobodę ma Matt, na którego zachowanie rodzice często przymykają oko. Pewnego razu, gdy rodzeństwo wraca z imprezy, dochodzi do wypadku, w którym ginie brat Olivii. Jak poradzi sobie w tej sytuacji Olivia, zwłaszcza że do tej pory ona i Matthew byli nierozłączni?
It takes a tree a century to do what this darkness does to me in one night
Nawet po przeczytaniu opisu filmu nie wiedziałam, czego mogę się po nim spodziewać. Początkowo myślałam, że będę miała do czynienia z licznymi retrospekcjami, w których Olivia będzie wspominała chwile z bratem, ale jak się potem okazało, akcja poszła w zupełnie innym kierunku, niż się spodziewałam. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to zachowanie wszystkich bohaterów — żadne z nich nie jest sobą, każde z nich zakłada maskę, by nie pokazywać swojej prawdziwej twarzy. 


To niebanalna produkcja, która pokazuje, jak utrata bliskiej osoby, może wpłynąć na samopoczucie drugiego człowieka i jaką krzywdę może mu wyrządzić. Olivia po utracie brata popada w apatię i izoluje się od innych. Dochodzi do takiego punktu, w którym zaczyna mieć halucynacje. Omam przybiera postać jej zmarłego brata. Zaczyna wpływać na jej zachowanie i negatywne myślenie. To film, który powiela pewne schematy, ale nadrabia grą aktorską i ciekawym ujęciem tematu, jakim są zaburzenia odżywiania i psychoza. Jest pełen metafor, które samemu trzeba dostrzec. Z całą pewnością to produkcja, która daje do myślenia.

Widz nie odczuwa upływu czasu, choć film trwa 95 minut. Spowodowane jest to nie tyle klimatem, ile wydarzeniami, które rozgrywają się na ekranie. Z dużym zaangażowaniem śledzi się poczynania głównej bohaterki, której w głowie wciąż miesza pewien głosik i powoli doprowadza ją do autodestrukcji. Niezwykle wymowne jest też zakończenie, które nasuwa wiele pytań.


Na dużym ekranie oprócz Feltona i Bellisario można zobaczyć szereg innych gwiazd, m.in. Jamesa Remara (Dexter, Django), wcielającego się w rolę Toma, ojca głównych bohaterów oraz Paulę Malcomson (The Hunger Games), która zagrała Samanthę — matkę bliźniaków. Nie zabrakło też kilku młodych gwiazd, które dopiero od kilku lat przecierają sobie ścieżki w tym zawodzie. Mowa tu o Tiffany Boone (Beautiful Creatures), która zagrała drugoplanową rolę oraz o Benie Winchellu, którego można kojarzyć z Max Steele'a czy serialu Finding Carter. Choć ich role są raczej epizodyczne, to nie sposób zwrócić uwagi na ich dobre aktorstwo.

Feed to produkcja na wysokim poziomie. Nie tylko porusza ważne kwestie, ale jest też dobrze zrealizowana. Zdjęcia, choć proste, mają swój urok, a powolne ruchy kamery potęgują napięcie, które towarzyszy widzowi od początku filmu. Warto obejrzeć ten film choćby dlatego, aby dostrzec, jak wyniszczającymi chorobami są anoreksja i psychoza. Polecam.

„Siedem minut po północy” Patrick Ness

Tytuł: Siedem minut po północy
Tytuł oryginalny: The Monster Calls
Cykl: -
Autor: Patrick Ness
Tłumaczenie: Marcin Kiszela
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 212
Data wydania: 2 grudnia 2016

Historia powstania tej książki jest niezwykle interesująca. Jak się okazuje, powieść mogła w ogóle nie powstać, ponieważ jej pomysłodawczyni Siobhan Dowd zmarła na raka zanim zdążyła ją skończyć. Zaczęto wtedy szukać osoby, która mogłaby doprowadzić tę historię do końca. Początkowo Patrick Ness, któremu to zaproponowano, nie był do końca przekonany, czy jest odpowiednią osobą, by to zrobić — niełatwo jest stworzyć powieść bazując na zarysie innej osoby. W końcu jednak się zgodził, prosząc o swobodę pisania.

Conor to kilkunastoletni chłopiec mieszkający z mamą. Trudne położenie w jakim się znajduje, odtrącenie rówieśników, chora matka, a także odejście ojca, sprawiają, że nie może spokojnie spać i musi zmagać się z kolejnymi koszmarami. Pewnej nocy, dokładnie siedem minut po północy, budzi go niespodziewany przybysz, który okazuje się potężnym i przerażającym potworem. Drzewo (potwór) opowiada mu kilka historii, prosząc, aby chłopiec postąpił podobnie.
Opowieści są ważne (…) Czasami potrafią być nawet najważniejsze. Jeśli tylko niosą ze sobą prawdę.
Ta stosunkowo krótka, bo licząca zaledwie 212 stron książka, wywołała we mnie więcej emocji niż opasłe tomiszcze liczące kilkaset stron, a przy tym niejednokrotnie zmusiła do refleksji. Opowiada historię chłopca, który musi nauczyć się żyć z nawarstwiającymi problemami oraz przygotować się na nieuchronnie zbliżającą śmierć matki. To historia, która wzrusza, oswaja ze śmiercią, ale także uczy czym jest. Choć opowiada również o chorobie nowotworowej, to nie stawia jej w centrum. Osoba, której bezpośrednio dotyka ta dolegliwość znajduje się na drugim planie, natomiast na pierwszym — jej bliscy, którzy muszą poradzić sobie z jej utratą. Pełna metafor historia zagubionego chłopca, który musi dorosnąć szybciej niż rówieśnicy. Potwór będący cisem to metafora uczuć, jakie targają głównym bohaterem. Siedem minut po północy to opowieść o życiu, stracie, ale i o emocjach, których nie warto kryć w sobie. Jeżeli nie będziemy mówić o tym, co czujemy, zniszczy nas to od środka.

Prawdę mówiąc, każdy z nas ma takiego potwora, który pojawia się w nieoczekiwanym momencie. Codzienność bywa przytłaczająca, więc nic dziwnego, że uciekamy w świat wyobraźni. Czasami dochodzimy do takiego momentu, kiedy łatwiej jest nam coś wytłumaczyć poprzez historie i opowieści, niż gdyby przyszło mówić o tym wprost.

Wydanie książki, z którym miałam okazję się zapoznać niestety nie posiada ilustracji, które można było znaleźć w książce z 2013 roku. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo liczył się fakt miłego upływu czasu podczas czytania. Nie ukrywam jednak, że ilustracje stworzone przez Jima Keya (który ilustrował Harry'ego Pottera), stanowiłyby świetne urozmaicenie powieści. Okładka filmowa, którą zaproponował Papierowy Księżyc ma jednak swój urok — żółto-pomarańczowe niebo w połączeniu z ciemną kolorystyką drzewa, przy którym stoi chłopiec, wygląda naprawdę efektownie.

Siedem minut po północy to niezwykle wymowna, pełna metafor historia, niosąca ze sobą uniwersalny przekaz. Odnajdzie się w niej zarówno młoda, jak i starsza osoba, która ma w sobie odrobinę empatii i współczucia. Ness stworzył historię symboliczną, którą można odczytywać na wiele różnych sposób w zależności, jak do niej podejdziemy. Prosta, a zarazem wzruszająca, która chwyci za serce niejedną osobę.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc

„Kiedy będziemy deszczem” Dominika van Eijkelenborg

Tytuł: Kiedy będziemy deszczem
Tytuł oryginalny: Kiedy będziemy deszczem
Cykl: -
Autor: Dominika van Eijkelenborg
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432
Data wydania: styczeń 2017

Dominika van Eijkelenborg to autorka dwóch książek: Czułego punktu oraz Kiedy będziemy deszczem. Pochodzi z Suwalszczyzny, ale wyemigrowała do Holandii, gdzie obecnie mieszka. Studiowała pedagogikę, jednak serce oddała łucznictwu i jodze.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to niezwykle melancholijna okładka, która urzeka od pierwszej chwili. Szarość połączona z brudnym granatem to zdecydowanie dobre połączenie. Całość dopełniają spływające niczym po szybie krople deszczu. Nie jestem przekonana do fragmentu postaci na samym dole — wydaje mi się, że wtedy okładka byłaby jeszcze bardziej tajemnicza. Niemniej nawet z tym, według mnie, zbędnym elementem, wciąż skłania do refleksji.

Książka reklamowana jako pełen napięcia thriller okazał się literaturą obyczajową z elementami kryminalnymi oraz psychologicznymi. Nie brakuje w nim też nieco filozoficznych rozważań autorki, które niekoniecznie pasują do tej opowieści. Nie jestem do nich przekonana dlatego, że niepotrzebnie rozciągają powieść i odwracają uwagę od głównego wątku. Miłośnicy sensacji mogą poczuć się rozczarowani, ponieważ nie znajdą w niej ani odrobiny mrocznego thrillera.

Inga de Graaf to matka dwójki dzieci. Gdy pewnego dnia wychodzi na spacer, nie wraca, przez co jej mąż zgłasza jej zaginięcie na policję. Poszukiwania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Dopiero dotarcie do wiadomości, które wysyłała Inga, okazuje się kluczowe. 
Mój dom jest zbudowany z odłamków i zgliszczy moich wyobrażeń o macierzyństwie, rodzinie, życiu.
Większą część książki stanowią wiadomości Ingi do przyjaciółki. Są zapisane kursywą, aby czytelnik nie miał problemu z rozróżnieniem ich od pozostałej treści. Mamy do czynienia z podwójną narracją: pierwszoosobową, gdy główna bohaterka koresponduje z przyjaciółką oraz z trzecioosobową w przypadku reszty wydarzeń. 

Jak się potem okazuje, Inga poznaje swoją bratnią duszę — Robina, z którym zaczyna spędzać coraz więcej czasu. Nawiązuje się głęboką więź, która zaczyna mieć dla niej duże znaczenie. Zmęczona macierzyństwem i życiem u boku mężczyzny, który ją nudzi, sprawia, że Robin staje się dla niej kimś więcej niż tylko zwykłym przyjacielem, na którego może liczyć.

Inga to skomplikowana postać. Ma dzieci i męża, jednak nie czuje się szczęśliwa. Uważa, że jej życie jest pełne rutyny i monotonii, a ona potrzebuje chwili wytchnienia, dreszczyku emocji i buzującej w jej żyłach adrenaliny. Pozostali bohaterowie, zarówno jej mąż, jak i Robin, są pełni sprzeczności. Autorka zadbała o każdy najmniejszy szczegół w kreacji wszystkich postaci i to zdecydowany atut tej książki. Choć nie poczułam sympatii do żadnego z bohaterów, ponieważ ich zachowanie budziło we mnie niesmak, to jednak nie mogę napisać, że to źle skonstruowane postacie. Portrety psychologiczne sprawiły, że książka jest niezwykle realistyczna.

O wiele więcej mam do zarzucenia fabule, która mówiąc krótko, rozczarowała mnie. Od samego początku nastawiałam się na pełną napięcia powieść, która wyostrzy moje zmysły, a wątek kryminalny sprawi, że będę z zapartym tchem śledziła kolejne wydarzenia. Tymczasem otrzymałam rozwleczoną do granic możliwości opowieść niezadowolonej z życia kobiety, która wciąż pragnie uwagi i snuje refleksje na temat sytuacji, w której się znalazła. Lubię opisy, ale tutaj poczułam się nimi przytłoczona. Jeszcze nie miałam styczności z książką, w której byłoby tyle niepotrzebnych akapitów, które nie wnoszą nic do fabuły. 

Kiedy będziemy deszczem to książka o życiu. Tym, które przytłacza każdego dnia coraz bardziej. Mimo swojej refleksyjności nie uległam jej urokowi, nie potrafiłam. Niejednokrotnie czułam się sprowokowana do odpowiedzenia sobie na kilka pytań: jakiego życia pragnę, co zrobić, by żyć w zgodzie ze sobą i czuć się szczęśliwą, w jakim kierunku podążać, gdy zgubimy właściwą drogę.

Podsumowując, książka nie porwała mnie w żadnym stopniu. Choć historia, którą opowiada, wydaje się ciekawa, to jednak nie potrafiłam się w nią wciągnąć. Dla mnie to zwykła obyczajówka z elementami psychologicznymi, a nie trzymający w napięciu thriller, który poruszy najczulsze struny mojej duszy. Pozostałam obojętna na zachowanie głównej bohaterki, podobnie jak na całą kryminalną otoczkę, która stanowiła jedynie marne tło dla całej powieści. Może gdybym nie nastawiła się na konkretny gatunek, książka wypadłaby lepiej w moich oczach, tak się niestety nie stało — jestem rozczarowana.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.

„Być jak Audrey Hepburn” Mitchell Kriegman

Tytuł: Być jak Audrey Hepburn. Czasami mała czarna może zmienić wszystko
Tytuł oryginalny: Being Audrey Hepburn
Cykl: -
Autor: Mitchell Kriegman
Tłumaczenie: Barbara Kardel-Piątkowska
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 432
Data wydania: 18 listopada 2016

Audrey Hepburn od zawsze stanowiła inspirację dla wielu kobiet — w tym dla mnie. Była nie tylko utalentowaną aktorką, ale i wspaniałą osobą. Zagrała w niemal dwudziestu filmach oraz trzech serialach. Do najpopularniejszych produkcji, w których wystąpiła należą Rzymskie wakacje, Szarada i Śniadanie u Tiffany'ego. Jednak Hepburn nie była tylko aktorką. Próbowała swoich sił w modelingu, a także poświęciła się pracy humanitarnej, za którą kilkakrotnie ją wynagrodzono.

Lisbeth jest młodą dziewczyną zafascynowaną filmami z Audrey Hepburn. Buja w obłokach, marząc o lepszym życiu. Gdy nadarza się okazja, aby choć przez chwilę poczuć się jak jej idolka, nie waha się. Przyjmuje propozycję koleżanki, która pracuje w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Dzięki jej pomocy udaje jej się przymierzyć słynną sukienkę ze Śniadania u Tiffany'ego, ale wskutek pomyłki niektórzy biorą ją za celebrytkę. Tak zaczyna się historia, w której Lisbeth staje się kimś innym, kimś, kim zawsze marzyła być.

Razem z Lisbeth wkraczamy w świat pełen przepychu, luksusowego życia, bankietów i sukienek od najpopularniejszych i najlepszych projektantów. Bacznie śledzimy poczynania głównej bohaterki, która wydaje się być zafascynowana otoczeniem, w którym się znajduje. Lisbeth w swojej nieporadności i naiwności początkowo nawet nie zauważa, jak zły wpływ ma na nią towarzystwo, w jakim obecnie przebywa, jednak z czasem zaczyna dostrzegać, że kierunek, w jakim zdecydowała się pójść, nie jest właściwy. 

Książka jest napisana prostym, niezbyt wyszukanym językiem. Czasami odnosiłam wrażenie, że niekiedy zbyt prostym. Pełno w tej książce powtórzeń, a i dialogi nie wyglądają za ciekawie. Nie są złe, ale brakuje mi w nich swobody i lekkości. Choć historia była przewidywalna, to trudno było mi się od niej oderwać. Nie wiem, czy to klimat powieści, czy częste nawiązania do postaci Audrey i interpretacja scen z filmów, w których zagrała, sprawiły, że nie sposób było mi ją odłożyć na bok. Mimo swojej małej objętości, czyli 432 stron, jest podzielona na 69 rozdziałów. Są one bardzo krótkie, każdy z nich liczy średnio 3-4 strony, więc to naprawdę niewiele, łatwo więc odszukać moment, na którym zakończyliśmy czytanie. 

Być jak Audrey Hepburn to powieść współczesna, ale w większym stopniu skierowana do młodszych czytelniczek. Nie sądzę, aby odnalazły się w niej starsze kobiety, ponieważ książka może wydać się im zbyt infantylna i przesłodzona. Mimo słodyczy, jaka dominuje na kartach powieści, można znaleźć w niej uniwersalne przesłanie — warto jednak odkryć je samemu.

Powieść okazuje, jak łatwo można wspiąć się na szczyt, ale też jak szybko można z niego spaść, porządnie obijając sobie tyłek. Jeżeli w odpowiednim momencie nie zareagujemy, możemy już nie odzyskać dawnego życia. Czasami w pogoni za marzeniami zapominamy, kim tak naprawdę jesteśmy. Świat pełen pokus nieustannie rzuca nam nowe wyzwania, z którymi musimy mierzyć się każdego dnia. Od nas zależy, jak potoczy się życie, którego pragniemy. 

Autor poświęca uwagę drugoplanowym postaciom, które okazują się równie barwne i ciekawe, jak główna bohaterka. Szczególną sympatią obdarzyłam najlepszą przyjaciółkę Lisbeth, jest bardzo pozytywną postacią, której nie da się polubić. Wydaje się jednak jej przeciwieństwem. 

Być jak Audrey Hepburn to lekka, ciepła opowieść, która na pewno zachwyci niejedną czytelniczkę. Mimo prostego języka, jakim posługuje się autor, książkę czyta się wyjątkowo dobrze, dodatkowo mamy okazję poznać wiele ciekawostek z życia samej Audrey Hepburn, o których nie piszą w internecie na każdej stronie. To pozycja, z którą warto się zapoznać.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.

„Kobiety w mafii” Milka Kahn, Anne Veron

Tytuł: Kobiety w mafii
Tytuł oryginalny:
Cykl: -
Autor: Milka Kahn, Anne Veron
Tłumaczenie: Joanna Kuhn
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 256
Data wydania: 12 października 2016

Anne Veron i Milka Kahn to autorki Kobiet w mafii. Jedna z nich jest reżyserką specjalizującą się w filmach dokumentalnych dotyczących mafii, natomiast druga zajmuje się prawem europejskim.

Książka została podzielona na trzy części. Pierwsza z nich opowiada historię kobiet cosa nostry, druga 'ndranghety, ostatnia zaś kamory. Części te zawierają kilka rozdziałów, w których każdy z nich jest poświęcony innej osobie. Na końcu można też znaleźć krótkie i zwięzłe podsumowanie zatytułowane „Pseudoemancypacja kobiet”.

Rola kobiet w świecie zawsze budziła spore kontrowersje i była tematem wielu dyskusji. Przez długi czas zastanawiano się, jaką rolę odgrywają w mafii: czy stoją u boku mężów, braci, przyglądając się wszystkiemu, co dzieje się wokół nich, czy jednak funkcja jaką pełnią jest o wiele większa? Nie zawsze słowo mafia miało negatywny wydźwięk. W dialekcie sycylijskim wyraz ten oznaczał swobodę, wdzięk lub urok. Przeważnie zwracano się tak do młodych, pięknych dziewczyn, chcąc sprawić im komplement. Jednak to nie jedyne znaczenie tego słowa, jest ich jeszcze kilka, o czym możemy poczytać we wprowadzeniu książki. Autorki nakreślają historię tego, w jaki sposób zaczęła działać mafia i kiedy słowo to zaczęto kojarzyć z przestępczym światem.

Kobiety w mafii to książka zdecydowanie niewyczerpująca tematu. Część informacji została opisana bardzo chaotycznie, a dodatkowo istotne informacje (według mnie) zostały pominięte. Najbardziej widoczne jest to w ostatnim rozdziale, poświęconemu kobietom z kamory, o których nie dowiadujemy się zbyt wiele. Są to jakieś strzępki wiadomości, które nie dają nam sposobności, aby bardziej szczegółowo poznać ten rodzaj ugrupowania. Z jednej strony poniekąd czuję się usatysfakcjonowana tym, o czym mogłam w niej przeczytać, przede wszystkim informacjami dotyczącymi 'ndranghety i kamory, o której niewiele słyszałam, jednak z drugiej niektóre z historii zostały potraktowane po łebkach i niewiele można było się o nich dowiedzieć.

W każdej części możemy poznać zasady, jakie panowały w danej organizacji, a także jej strukturę i sposób funkcjonowania. Jak się okazuje, rola kobiet wale nie była taka mała, jak mogłoby się początkowo wydawać. To na nich spoczywał obowiązek wychowywania dzieci zgodnie z regułami, jakimi rządzi się mafijny świat, a także strzeżenie wszystkich tajemnic, które nie miały prawa ujrzeć światła dziennego.

To, co nie spodobało mi się w tej publikacji to fakt, że niektóre fragmenty zostały powielone. Początkowo nie zwróciłam na to większej uwagi, ale gdy dwukrotnie przeczytałam o tej samej sytuacji, o której była już mowa w książce, to wydało mi się to niedorzeczne. Porównałam odpowiednie akapity i okazało się, że faktycznie treść jest identyczna.

To dobra książka dla tych, którzy nie mieli jeszcze okazji czytać publikacji poświęconej tematyce mafii, ponieważ zawiera podstawowe informacje o funkcjonowaniu tych organizacji, jednak dla czytelnika, który ma już jakieś pojęcie o mafii, może okazać się niezbyt satysfakcjonującą lekturą.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Muza.

„Otchłań nienawiści” Joanna Jax

Tytuł: Otchłań nienawiści
Tytuł oryginalny: Otchłań nienawiści
Cykl: Zemsta i przebaczenie (tom 2)
Autor: Joanna Jax
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron: 376
Data wydania: 21 lutego 2017

Minęło sporo czasu od premiery pierwszego tomu Zemsty i przebaczenia. Druga część ukazała się stosunkowo szybko, bo zaledwie trzy miesiące po premierze pierwszej, jedna nie miałam okazji jej przeczytać wcześniej — to nie jest lektura na jeden wieczór. Warto z nią spędzić o wiele więcej czasu, aby dobrze poznać bohaterów i historię, jaka jest w niej zawarta.

Joanna Jax zachwyciła mnie swoimi Narodzinami gniewu. Byłam więc ciekawa, czy Otchłań nienawiści okaże się takim samym sukcesem. Miałam pewne obawy związane z tym, czy autorka utrzyma poziom, gdyż przy pierwszym spotkaniu postawiła wysoko poprzeczkę.

Nadal trwa druga wojna światowa. Poznajemy dalsze losy głównych bohaterów: Juliana Chełmickiego, Alicji Rosińskiej i rodzeństwa Lewinów: Hanki i Emila. Historia rozpoczyna się pewną misją, w której biorą udział Julian i Alicja. Akcja powieści w głównej mierze rozgrywa się w Warszawie i okolicznych wioskach, jednak nie raz i nie dwa zostajemy przeniesieni na wschód, by móc śledzić losy Igora Łyszkina.
Miłość jest prosta. Jeśli kogoś kochasz, pragniesz jego szczęścia, mimo własnego bólu i tęsknoty.
Po tak długiej przerwie musiałam przypomnieć sobie co nieco z pierwszego tomu, ale większość informacji i wydarzeń utknęła mi w głowie na długo. Po wzięciu Otchłani nienawiści do ręki poczułam, jak bardzo tęskniłam za bohaterami tej książki, choć czasy, w których przyszło im żyć, nie napawały optymizmem. Po ostatnim razie poczułam z nimi silną więź i szczerze mówiąc, żałuję, że tak późno zabrałam się za czytanie drugiego tomu.

Emocje wypływające z każdej strony towarzyszą czytelnikowi od pierwszego rozdziału. Z wielką uwagą śledzi się poczynania bohaterów, którzy bez przerwy są wystawiani na próbę. W gruncie rzeczy wojna stanowi jedynie element całej opowieści, jej tło, a głównym wątkiem są rozterki i wątpliwości targające postaciami.

Jestem pełna podziwu dla autorki, która stworzyła tak wielu różnorodnych bohaterów, charakteryzujących się zupełnie innymi cechami. Jednocześnie pozostają oni nieprzerysowani i autentyczni. Mamy więc Juliana, w którego sercu zaczyna kwitnąć uczucie do jednej z bohaterek, Alicję — silną, pełną wigoru kobietę, walczącą o lepszą przyszłość, Hankę, dla której ważne są wartości rodzinne i która jest w stanie poświęcić wiele dla bliskiej osoby oraz pałającego żądzą zemsty Emila. Autorka wprowadza w tym tomie kilka innych postaci, które mają znaczący wpływ na rozwój dalszych wydarzeń.
Z życiem nie należało się cackać, świat nie lubi słabeuszy i filozofów, ale ludzi czynu.
Książka pokazuje, jakie piętno odciska wojna na każdym z bohaterów. Sieje spustoszenie i zamęt w ich sercach, sprawiając, że nie są już tymi samymi ludźmi, jakimi byli na początku. Niejednokrotnie muszą schować dumę do kieszeni i postępować zupełnie odwrotnie do tego, co podpowiada im serce. A i wartości, w które kiedyś wierzyli, zdają się nie mieć już takiego znaczenia, jak wcześniej. Mogłoby się wydawać, że nie ma w niej miejsca na miłość czy przyjaźń, jednak jak się okazuje, to właśnie te uczucia trzymają przy życiu niejedną postać. Wymagają od bohaterów dużego zaangażowania i wiary, bo ciężko o nie w okresie wojny.

Zemsta, która widnieje w nazwie serii, ciągle przewija się na kartach powieści. Raz ma większe, a raz mniejsze pole do popisu, ale nadal istnieje. Jeden z bohaterów wciąż żywi urazę do drugiego i robi wszystko, aby mu zaszkodzić — nie waha się przed niczym. Jednak czy to wyłącznie chęć zemsty, czy i klimat wojny ma na niego taki wpływ? Bohaterowie uczą się także przebaczać, jednak czy zwykłe przepraszam wystarczy, aby wszystko naprawić?

Otchłań nienawiści to dobrze skonstruowana, wielowątkowa kontynuacja serii Zemsta i przebaczenie. Joanna Jax zgrabnie balansuje na granicy prawdy i fikcji, sprawiając, że książkę czyta się z zapartym tchem. Nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia, rzucając bohaterom kolejne kłody pod nogi, a nas wciągając w wir wydarzeń.

Narodziny gniewu | Otchłań nienawiści | Rzeka tęsknoty | Morze kłamstwa | Bezkres nadziei | Dolina spokoju

*** 
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Videograf

„Dance, sing, love. Miłosny układ” Layla Wheldon (PRZEDPREMIEROWO)

Tytuł: Dance, sing, love. Miłosny układ
Tytuł oryginalny: Dance, sing, love. Miłosny układ
Cykl: Dance, sing, love (tom 1)
Autor: Layla Wheldon
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Editio Red
Liczba stron: 528

Data wydania: 17 sierpnia 2017 (przedpremierowo)

Nie śledzę żadnych rankingów na stronach internetowych czy portalach, dlatego nie bardzo wierzę w to, gdy na okładce pojawia się określenie, że jakaś książka jest numerem jeden w danym kraju bądź zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce w jakimś zestawieniu. Nie przywiązuję też uwagi do informacji, że książka została nagrodzona w jakikolwiek sposób. Często tego typu zabiegi dają złudne pojęcie o książce. Nie przeczę, że takie wyróżnienie dla autora jest czymś wyjątkowym, ale sama nigdy się nie kieruję tym czynnikiem jeżeli chodzi o wybór lektury.

Zapowiedź pierwszego tomu widziałam kilkakrotnie, ale dopiero za trzecim lub czwartym razem postanowiłam przeczytać opis książki. Wydał mi się na tyle interesujący, że postanowiłam przyjrzeć się bliżej Miłosnemu układowi i ocenić, czy faktycznie ma w sobie to coś, przez co będę miała ochotę sięgnąć po kolejny tom (który podobno jest już w przygotowaniu). Nieczęsto mam okazję czytać powieści, w których pierwsze skrzypce odgrywa taniec, jednak coraz częściej pojawiają się książki, w których mamy do czynienia z muzycznym tłem (np. Uratuj mnie Anny Bellon).

Livia Innocenti jest profesjonalną tancerką. Pewnego razu ona oraz grupa taneczna, do której należy, zostaje zatrudniona u gwiazdy muzyki pop — Jamesa Sheridana. Mają robić show podczas jego koncertów w czasie tournée po Europie. Początkowo wszystko przebiega spokojnie, Livia podchodzi na chłodno do sprawy, w przeciwieństwie do koleżanek z zespołu, które zachwycają się młodym gwiazdorem. Bohaterka jednak nie pała do niego sympatią, a w trakcie prób nie potrafi z nim zawiązać nici porozumienia, uważa go za rozkapryszonego i egoistycznego mężczyznę, który nikogo nie szanuje. Nie może pozwolić sobie na odejście, ponieważ te występy są dla niej dużą szansą, musi więc znosić zarozumiałego gwiazdora, który z czasem zaczyna pozwalać sobie na coraz więcej.

Od samego początku nie nastawiałam się na oryginalną historię, jednak oczekiwałam, że książka czymś mnie zaskoczy, że może autorka wplecie wątki, które ubarwią tę opowieść i sprawią, że zacznie się wyróżniać na tle innych. Pierwsze kilkanaście stron wprawiło mnie w zaskoczenie, oczywiście pozytywne. Historia może zaczęła się banalnie, ale od samego początku widziałam emocje, które towarzyszyły bohaterom — złość, poirytowanie oraz skrajną niechęć. Równie widoczna była determinacja bohaterki oraz jej włoski temperament, Livia była wystarczająco silna, aby nie dać się stłamsić oraz wiedziała, jak powinna się zachowywać, żeby nie stracić pracy. Wydało mi się to na tyle realistyczne, że zupełnie nie miałam ochoty oderwać się od czytania, a w moim sercu zatliła się mała nadzieja, że to będzie interesująca przygoda z debiutem. 

Nie byłam jeszcze nawet w połowie książki, gdy postępowanie głównej bohaterki diametralnie się zmieniło, a ja zaczęłam nad nim rozmyślać, poczułam zdezorientowanie. Miałam wrażenie, że ominęłam kilka stron, dlatego wróciłam do pewnego fragmentu, aby przekonać się, czy faktycznie może coś mi umknęło, czy w książce jest po prostu luka. Nie zauważyłam momentu, w którym Livia zaczęła przekonywać się do Jamesa. Ich relacja uległa nagłej zmianie, jednak nie dowiedziałam się, dlaczego tak się stało, co skłoniło bohaterkę do takiego, a nie innego zachowania wobec Sheridana. Przez całą powieść nie jest wspomniane o sytuacji, która miałaby na to jakikolwiek wpływ. To po prostu się stało — nie wiemy, jak i kiedy. Na parę podobnych uchybień natknęłam się jeszcze kilka razy.

Taniec, śpiew i miłość — właśnie na takich filarach powinna opierać się ta książka i one powinny ją spajać w całość. Motyw tańca pojawiał się praktycznie przez całą powieść, więc byłam tym w pełni usatysfakcjonowana. Opisy prób oraz przygotowywanie się do występów nie były zróżnicowane, ale nie wpływały negatywnie na tę historię. Wątek ze śpiewem został okrojony do minimum, największa uwaga była poświęcona pierwszemu koncertowi, a potem stał się on jedynie tłem dla pozostałych wydarzeń. Ostatni filar, czyli miłość został potraktowany po macoszemu. Jak głosi stare przysłowie od nienawiści do miłości krótka droga wiedzie, tylko że w przypadku tej książki ta droga nie istnieje, a rodzące się uczucie zabłądziło w lesie. Ono pojawia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie rozwija się stopniowo i nie ewoluuje. Nie poznajemy pobudek bohaterów ani tego, jakie emocje im towarzyszą, autorka nie skupia się na opisywaniu ich rozterek i przeżyć wewnętrznych, a raczej na posuwaniu akcji do przodu.

Nie będę oceniać bohaterów, bo nie na tym ma polegać pisanie recenzji, jednak nie mogę spojrzeć na ich zachowanie z aprobatą. Najzwyczajniej w świecie byłam zaskoczona tym, że Livia z bohaterki pełnej temperamentu, przemieniła się w osobę, która nie ma własnego zdania, a gdy ktoś jej ubliża, obraża, jest dla niej niemiły i ją wykorzystuje, nie potrafi zareagować. Po pewnych wydarzeniach stała się wrakiem człowieka, który nie ma w sobie woli walki. Najbardziej jednak zaskoczył mnie moment, w którym nikt nie zareagował, gdy zaczęła sięgać coraz częściej po alkohol. Czy nie zależało jej na tańcu, który rzekomo był całym jej życiem? Częste sięganie po alkohol nie rozwiąże problemów i nie sprawi, że zmartwienia znikną. Jego nadużywanie może prowadzić wyłącznie do uzależnienia i stracenia gruntu pod nogami. Może na chwilę zapomnieć o tym, co ją trapi, ale nie przywróci jej na właściwy tor. Nie wiem, czym było spowodowane jej późniejsze zachowanie, ale nie postąpiła dobrze, biorąc odwet na mężczyźnie, dla którego straciła głowę. Czy nie okazała się takim samym człowiekiem, co on, kiedy zaczęła zachowywać się w podobny sposób? Próbowała się usprawiedliwiać, ale dla mnie było to bez znaczenia — miłość zmusza człowieka do różnych zachowań, jednak Innocenti pokazała, że z dorosłością jej nie po drodze.

Nie ma co ukrywać — relacja głównych bohaterów nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, jest po prostu toksyczna. Liczne nieporozumienia i niedomówienia sprawiają, że nie potrafią się porozumieć i ciągle się kłócą. Choć przeciwieństwa się przyciągają, to nie wydaje mi się, aby ta dwójka do siebie pasowała, zwłaszcza że w grę wchodziła trzecia osoba, dlatego trudno było mi uwierzyć w szczere uczucie ze strony Jamesa. 

Książka liczy prawie 600 stron, jednak sporo w niej zapychaczy, które zaburzają rytm powieści. Nie mam nic przeciwko opisywaniu tego, co akurat bohaterowie mają na sobie, jednak im więcej takich opisów, tym dla mnie staje się to nużące i zbędne. Pewne kwestie można ominąć, wystarczy delikatnie nakierować czytelnika, co jakaś postać ma na sobie, a potem niech zadziała wyobraźnia. Nie wydaje mi się zresztą, aby szczegółowy opis każdego stroju był na tyle potrzebny i miał jakiś wpływ na wydarzenia. Takie zapychacze sztucznie wydłużają powieść, a czytelnik niepotrzebnie nastawia się na długą i przyjemną lekturę.

Dla mnie ciekawym urozmaiceniem okazało się wplecenie piosenek, które mniej lub bardziej trafiają w mój muzyczny gust. Byłam mile zaskoczona, gdy na kartach powieści pojawiło się dobrze wszystkim znane Zombie zespołu Cranberries, Bed of roses Bon Jovi czy Do I wanna know? Arctic Monkeys.

Jeżeli chodzi o styl pisania Layli Wheldon, nie jest on zły, jednak widać, że dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem. Posługuje się prostymi, niezbyt skomplikowanymi zdaniami. W Miłosnym układzie przeważają opisy, ale nie brakuje też dialogów i potyczek słownych między bohaterami. Jeśli wystarczająco dużo czasu poświęci na pisanie i ćwiczenie swoich pisarskich umiejętności, to myślę, że z każdą kolejną publikacją będzie jeszcze lepiej. 

Dance, sing, love. Miłosny układ nie okazało się tak satysfakcjonującą lekturą, jak oczekiwałam. Widziałam w tej historii niebywały potencjał, który niestety nie został dobrze wykorzystany. Luki i niedociągnięcia sprawiły, że czytanie każdej kolejnej strony nie było taką przyjemnością, jak na początku. Nie podcinam skrzydeł, nie lubię tego i uważam, że to nie w porządku w stosunku do jakiejkolwiek osoby, a już zwłaszcza początkującej, jednak myślę, że każda wskazówka jest na wagę złota. Nie skreślam tej autorki całkowicie, ponieważ sądzę, że jeżeli się przyłoży i popracuje nad błędami, to będzie tylko lepiej.


***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Editio Red.

„Uwikłana. Królowa narkotyków, tajna agentka, zakładniczka” Bruce Porter

Tytuł: Uwikłana. Królowa narkotyków, tajna agentka, zakładniczka
Tytuł oryginalny: Snatched: How A Drug Queen Went Undercover for the DEA and Was Kidnapped By Colombian Guerillas
Cykl: -
Autor: Bruce Porter
Tłumaczenie: Przemysław Hejmej
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 472
Data wydania: 6 czerwca 2017

Może po recenzjach na moich blogu nie widać, ale bardzo lubię literaturę faktu i choć jej tutaj nie recenzuję (bo nie da się wszystkimi refleksjami podzielić w formie recenzji, gdy doskwiera brak czasu, ale pracuję nad tym), to jednak często się w niej zaczytuję. O narkotykach i nielegalnym handlu nie czytałam od bardzo dawna, dlatego, gdy nadarzyła się okazja, by przeczytać Uwikłaną, nie wahałam się i od razu po nią sięgnęłam.

Była królowa wielkiego narkotykowego imperium musi po latach wrócić do handlu kokainą – tym razem z ramienia służb federalnych. Jednak kiedy zostaje porwana przez groźnych, kolumbijskich przestępców, zaczyna się prawdziwa walka o przetrwanie. Czy jej życie coś znaczy?*

Bruce Porter to profesor, który niegdyś wykładał na Columbia University Graduate School of Journalism, jest też niebywałym pasjonatem dziennikarstwa, który w wolnym czasie uczy więźniów w mieście, w którym żyje. Jest autorem dwóch książek: Uwikłanej oraz Blow, która nie została wydana w Polsce (pojawiła się jednak ekranizacja o tym samym tytule, gdzie w roli głównej można zobaczyć Johnny'ego Deppa).

Książka opowiada o życiu młodej Kolumbijki Pilar, która za sprawą swojego męża wkroczyła w świat brudnych pieniędzy i narkotyków. To on sprawił, że poznała ten świat od podstaw, a wkrótce została okrzyknięta królową narkotyków. Jej życie od początku nie było usłane różami, czuła się nieszczęśliwa, bo sprzedaż i rozprowadzanie kokainy nie należało do ukrytych pragnień. Próbowała się odciąć od środowiska, w którym obracała się kilka dobrych lat, jednak to nie był koniec zawirowań w jej życiu. Stała się tajną agentką, przez co znów była związana z kartelem narkotykowym.

Autor opowiada zarówno historię Pilar i jej rodziny, jak i pewnego policjanta, który był ściśle związany z wydziałem zajmującym się narkotykami. Nie szczędzi przy tym wymieniania dziesiątek nazwisk i pokazywania rzeczywistości, która niestety nie była kolorowa, a raczej szara i ponura. Efekt potęguje wplatanie w poszczególne akapity wypowiedzi osób, które były związane z tym biznesem lub miały o tym jakiekolwiek pojęcie. Czytamy o szybkim rozwoju tego biznesu, ale i o jego powolnym upadku.

Niezwalniająca tempa akcja sprawia, że książkę czyta się błyskawicznie i nie ma w niej miejsca na nudę. Jest za to sposobność, aby zatrzymać się i snuć refleksje o tej nieco zagmatwanej, aczkolwiek interesującej historii. Bardzo szczegółowe opisy (z naciskiem na bardzo) stanowią jedynie atut tej książki, ponieważ nadają jej jeszcze więcej autentyczności. Dla niektórych minusem mogą być wstawki historyczne, które pojawiają się kilkakrotnie w książce, jednak dla mnie stanowiły ogromny plus, bo mogłam się jeszcze więcej dowiedzieć o tym, jak narodził się nielegalny biznes, a przy tym, jak wyglądał on od podszewki.

Uwikłana Bruce'a Portera to kawał niezłej literatury faktu, która posiada pewne elementy fabularne. Jeżeli ktoś nie jest fanem takiego typu literatury, to niestety, ale surowe fakty mogą go w pewnym momencie przytłoczyć, bo jest ich całkiem sporo. Z całą pewnością nie jest to książka dla każdego. Choć jest po części fabularyzowana, nie znajdziemy w niej dużej ilości dialogów — składa się głównie z opisów, dzięki którym autor balansuje na granicy prawdy i fikcji.

Autor opisuje świat narkotyków i kwitnącego handlu. Książka pokazuje skalę problemu, z którym musi mierzyć się cała ludzkość. Choć w dzisiejszych czasach narkobiznes nie jest już tak rozwinięty, jak kilka, a nawet kilkanaście lat wstecz, to jednak zjawisko nielegalnego handlu wciąż istnieje. Z całą pewnością podobny handel kwitnie również w Polsce, ale wydaje mi się, że poświęca się temu za mało uwagi. Rzadko można usłyszeć o tym w telewizji czy przeczytać w internecie, zazwyczaj mamy do czynienia z pojedynczymi sytuacjami. Podobne refleksje nieustannie towarzyszyły mi przewracaniu kolejnych stron.

Uwikłana. Królowa narkotyków, tajna agentka, zakładniczka to książka niezwykle ujmująca, która opowiada historię nad wyraz nieprawdopodobną, lecz prawdziwą. Autor przeplata prawdę i fikcję, wskutek czego otrzymujemy wciągającą opowieść, z której możemy dowiedzieć się, jak dokładnie przebiegał handel narkotykami czy jak działał wydział zwalczania narkotyków; poznajemy zarówno historię dziewczyny zamieszanej w narkotykowy świat, jak i opowieść policjanta, który na co dzień próbuje walczyć z praniem brudnych pieniędzy.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

* opis książki pochodzi ze strony wydawnictwa Kobiecego, LINK
© Agata | WS.