124. „Nie zapomnij mnie” Anna Bellon (PREMIERA)

Tytuł: Nie zapomnij mnie
Tytuł oryginalny: Nie zapomnij mnie
Autor: Anna Bellon
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: OMGBooks
Liczba stron:
Data wydania: 19 lipca 2017 (premiera)

Anna Bellon zadebiutowała we wrześniu ubiegłego roku (2016). Jej pierwsza książka, czyli Uratuj mnie otworzyła serię The Last Regret, skupiającą się na członkach zespołu rockowego.

Ollie, mimo że wraz z zespołem znalazł się na szczycie, nie czuje się szczęśliwy. Nie ma powodów, by narzekać, jednak jego życie nie jest takie, o jakim marzył. Wciąż w głowie siedzi mu jego pierwsza miłość — Nina, która odeszła bez słowa wytłumaczenia. Żadna materialna rzecz ani obecna dziewczyna, nie są w stanie zastąpić mu byłej dziewczyny, ponieważ wciąż czuje niewyobrażalną pustkę. Co zrobi, gdy pewnego dnia znów spotka Ninę? Czy dowie się, dlaczego go zostawiła? 
Wiem, to wydaje się żałosne, tęsknić za kimś po pięciu latach rozłąki. Ale gdy przez długi czas nie masz niczego, chwytasz się jedynej stałej rzeczy albo osoby. Z reguły ta jedyna osoba potrafi cię zranić do głębi, zostawiając w kawałkach, których sam nie potrafisz poskładać.
Anna Bellon swoją pierwszą książką pozytywnie mnie zaskoczyła. Jak na tak młodą osobę stworzyła nietuzinkową i przyjemną w odbiorze powieść, która wciągnęła mnie na kilka dobrych godzin w swoje sidła. Byłam oczarowana postacią Kylera. Prosty styl autorki sprawił za to, że lektura była lekka i przyjemna, choć nie wszystkie wydarzenia z książki napawały entuzjazmem. W Uratuj mnie zostały poruszone ważne kwestie, z których opisaniem pisarka doskonale sobie poradziła. Czy jednak druga część The Last Regret zauroczyła mnie w podobny sposób?

Ollie jest kolejną męską postacią, stworzoną przez pisarkę, którą od razu obdarzyłam swoją sympatią. To młody chłopak, którego autorka stworzyła na podobieństwo nastolatków, których spotykamy na co dzień. W żaden sposób nie jest to wyidealizowana postać, to po prostu miły chłopak, pełen charyzmy i dużego poczucia humoru. Niezmiernie mnie cieszy, że Anna Bellon nie starała się na siłę tworzyć bad boya, którego możemy spotkać w 90% współczesnych książek. Jak widać, można wykreować bohatera, który będzie po prostu... ludzki i nie będzie przyciągał kobiet przez chamskie odzywki i nieuprzejme zachowanie. Ollie jest jedną z najbardziej pozytywnych postaci, z jakimi miałam styczność w książkach. Jest szczery, miły i lojalny wobec przyjaciół. Niewielu jest teraz takich ludzi, prawda? 
A przeszłość miała to do siebie, że lubiła się o człowieka upominać właśnie wtedy, kiedy ten chciał ją puścić wolno.
Mniejszą sympatią zapałałam do Niny, której zachowania zdecydowanie nie potrafiłam zrozumieć. Gdy pojawiły się problemy, niestety, ale nie próbowała sobie z nimi radzić. Wybrała najgorszą ścieżkę z możliwych i po prostu uciekła. Choć niezrozumiałe jest dla mnie jej zachowanie, to jednak nie potrafię napisać, że to źle skonstruowana postać. Może autorka po prostu chciała, aby Nina taka była? Niemniej, irytowało mnie jej postępowanie i nie znajduję dla tego jakiegokolwiek wytłumaczenia.

Nie przeczę, że to, co zostało zaprezentowane w Nie zapomnij mnie już było i przewijało się przez wiele książek z gatunku New Adult, jednak na moje oko trudno stworzyć w pełni oryginalną historię, która nie będzie czerpała choć trochę ze schematów. Mimo minimalnej przewidywalności drugi tom The Last Regret nie jest zły. Powiedziałabym nawet, że jest dobrą i lekką kontynuacją. Fabuła, choć momentami jest do przewidzenia, nie razi i nie zniechęca. Autorka poruszyła w swojej książce takie tematy jak wyobcowanie, osamotnienie, bezsilność, tęsknota i próba radzenia sobie z problemami. Dużą uwagę poświęca postaciom pobocznym, przez co nie czuć przytłoczenia problemami i zachowaniem głównych postaci.
Od tamtego dnia wiedziałem, że nawet najpiękniejsze rzeczy można nieodwracalnie zniszczyć jednym ruchem.
Choć głównym wątkiem w tej książce jest uczucie Olliego i Niny, które swoją drogą jest bardzo naturalnie i swobodnie poprowadzone, to jak zwykle nie zabrakło muzycznego akcentu. Ollie fantastycznie dogaduje się ze swoimi znajomymi, koncertując oraz tworząc kolejne utwory. Wątek ten stanowi wyłącznie tło dla wszelkich wydarzeń, ale ja jestem usatysfakcjonowana, ponieważ nie sądzę, aby wysunięcie na pierwszy plan jego muzycznej kariery było dobrym rozwiązaniem. Dobrze, że zarówno on, jak i pozostali bohaterowie robią to, co kochają, jednak nie wyobrażam sobie, by kiedykolwiek ta muzyczna otoczka stała się główną nicią całej opowieści. 

Porównując Uratuj mnie i Nie zapomnij mnie, ta druga książka jest zdecydowanie bardziej pozytywną i optymistyczną opowieścią. Owszem, nie brakuje w niej problemów, które spadają zarówno na Ninę, jak i na Oliviera, ale są też sytuacje, w których na naszych twarzach pojawia się szeroki uśmiech. Warto tu wspomnieć o humorze, który towarzyszy nam niemalże przez całą książkę. Anna Bellon umiejętnie kieruje młodymi bohaterami, przy czym posługuje się lekkim, aczkolwiek prostym językiem. 
Tworzenie muzyki było uzależniające jak narkotyk. Uderzało do głowy niczym działka kokainy. Pierwszy raz jest niewinny, ale każdy kolejny sprawia, że nie możesz już bez tego oddychać. Nie możesz myśleć. Nie możesz jeść. Nie możesz spać, bo twój świat bez muzyki wydaje się niekompletny. Życie staje się niekończącą piosenką. Niekończącą się aż do dnia twojej śmierci.
Moje refleksje są podobne do tych, które towarzyszyły mi przy czytaniu pierwszego tomu tej serii. Jest to opowieść piękna w swojej prostocie, niosąca za sobą uniwersalny przekaz. Nie staram się na siłę doszukiwać w tej powieści jakiegoś wymuszonego patosu czy wyolbrzymionych problemów. Według mnie to historia, która mogła przydarzyć się każdemu z nas, bo każdy z nas, niezależnie od wieku, boryka się z mniejszymi lub większymi przeciwnościami losu. Nie pozostaje mi nic innego, jak polecić Wam tę książkę, sami najlepiej się przekonajcie, czy znajdziecie w niej cząstkę siebie.

Uratuj mnie | Nie zapomnij mnie 

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu OMGBooks.

123. „Szansa” Vi Keeland

Tytuł: Szansa
Tytuł oryginalny: Worth the Chance 
Cykl: MMA Fighter (tom 2)
Autor: Vi Keeland
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron:
Data wydania: 22 czerwca 2017

Po Walce oraz Graczu przyszła pora na kolejną książkę Vi Keeland. Gracz okazał się ponadprzeciętnym romansem, a i Walka nie wypadła w moich oczach tak źle, choć pojawiło się parę zgrzytów. Czy Szansa okazała się równie dobra, jak pierwsza książka pisarki, czy wręcz odwrotnie?

Poznali się kilka lat temu i uczęszczali do jednej szkoły. Pewne okoliczności sprawiły, że oddalili się od siebie i przestali do siebie odzywać — udawali, że druga osoba nie istnieje. Minęło kilka lat, a ich drogi znowu się krzyżują. Czy ponowne spotkanie sprawi, że Vince i Olivia będą jeszcze ze sobą normalnie rozmawiać? Czy dadzą sobie szansę, mimo że każde z nich ma inne priorytety? Co zrobią, gdy znów pojawią się komplikacje, a oni nie będą potrafili się porozumieć? I co najważniejsze — czy Liv dowie się, dlaczego Vince odszedł bez słowa wyjaśnienia siedem i pół roku temu?

Czasem życie daje ci drugą szansę dlatego, że za pierwszym razem nie byłeś gotowy.
Vi Keeland stworzyła serię, w której głównymi bohaterami są zawodnicy MMA. W pierwszej części poznaliśmy Nico Huntera, który stracił głowę dla Elle, która przed jego pojawieniem się, prowadziła ustatkowane, aczkolwiek nudne życie. Drugi tom stawia na głównym planie Vince'a „Niezwyciężonego” Stone'a, który obecnie jest łamaczem damskich serc, ale kto wie, czy pewna młoda dziennikarka nie zawróci mu w głowie. Trzeci tom (Przebaczenie) skupi się na Lily oraz Jaxie.

Tak jak w przypadku Walki, tak i tutaj mamy do czynienia z naprzemienną narracją. Historia rozpoczyna się z perspektywy Vince'a, którego mieliśmy okazję poznać w poprzednim tomie. Vince to nikt inny, jak chłopak, którego nauczycielem był sam Nico Hunter. Mimo że życie go nie rozpieszczało, wyrósł na odpowiedzialnego mężczyznę, który dokładnie wie, czego chce w życiu. Nie szuka jednak swojej drugiej połowy, bo uważa, że nie jest mu ona do czegokolwiek potrzebna. Preferuje więc przelotne romanse, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak działa na kobiety. Muszę przyznać, że Vince jest mężczyzną pełnym sprzeczności. Z jednej strony to pewny siebie facet, który ma jasno wyznaczone cele, ale w środku to wrażliwy mężczyzna, którego los nie oszczędzał.

Ona to dziennikarka z krwi i kości oraz silna i niezależna kobieta, której słabością jest on — przystojny zawodnik MMA. Liv stanie przed trudnym wyborem, w którym będzie musiała wybrać pomiędzy wspinaniem się po kolejnych szczeblach kariery a byciem wierną swoim zasadom. 

Nie trudno oprzeć się wrażeniu, że z podobnymi historiami mieliśmy już styczność niejednokrotnie. Vi Keeland przedstawia w swoich książkach historie w podobny sposób. Szczerze mówiąc, nie przeszkadza mi to w jakiś znaczący sposób, ponieważ nie jest ona jedyną autorką, która decyduje się na taki krok. Jeżeli tylko pisarz umiejętnie posługuje się słowem pisanym i mimo stosowania schematów i szablonów potrafi mnie, czyli czytelnika, zainteresować, to czemu miałabym narzekać? Szansa jest dla mnie książką, przy której miałam okazję się odprężyć. Dokładnie tego oczekiwałam od tej książki i to właśnie otrzymałam. 
— Jesteś zbyt pewny siebie.
— Może. Ale i tak wiem, że masz do mnie słabość.
W gruncie rzeczy książka ta nie jest taka płytka, jak mogłoby się początkowo wydawać. Autorka postarała się, aby bohaterowie nie byli papierowi, a ich przeszłość była dokładnie zarysowana. Tak więc mamy okazję poznać szczegóły, z których dowiadujemy się, co wydarzyło się kilka lat temu między Liv a Vincem, a także poznajemy okoliczności, w których miało miejsce ich pierwsze spotkanie. Wątki poboczne, które pisarka postanowiła umieścić w książce, są ciekawym urozmaiceniem całej opowieści, która ze zwykłego romansu przemienia się we wciągającą opowieść. Szansa to nie tylko miłosne zawirowania dwójki młodych ludzi, ale także problemy rodzinne, nauka akceptacji oraz walka z uzależnieniem. Dzięki scenom pobocznym historia nabiera rozmachu.

Niech nie zwiedzie Was opis z tylnej okładki — nie znajdziecie w tej książce zwierzęcych instynktów, o których mówi wydawca. Sceny zbliżeń nie są aż tak liczne, jak w typowym erotyku, ale fani literatury kobiecej powinni być usatysfakcjonowani. Cieszę się, że Vi Keeland postawiła na różnorodność, a miłosne uniesienia bohaterów nie są opisane w miałki i identyczny sposób. W książce nie brakuje emocji, a także chwil pełnych namiętności. Autorka dokładnie wie, jak wywołać rumieńce na twarzy czytelnika, który postanowił sięgnąć po lekturę.

Szansa Vi Keeland to kontynuacja, na którą warto zwrócić uwagę. Jest o niebo lepiej napisana niż pierwsza część. To tom, w którym zdecydowanie więcej się dzieje, pojawiają się liczne wątki poboczne, które sprawiają, że historia nabiera głębi i jest jeszcze bardziej interesująca. Sami bohaterowie nie są wykreowani w zły sposób i naprawdę miło się o nich czyta. Książka pozwoliła mi się odprężyć i trochę wyluzować, a przecież o to mi właśnie chodziło. Serdecznie polecam fankom literatury kobiecej, które chciałyby stracić głowę dla przystojniaka imieniem Vince oraz poznać historię jego i Liv! 

Walka | Szansa | Przebaczenie
***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.


122. „Rogue” Katy Evans

Tytuł: Rogue
Tytuł oryginalny: Rogue
Cykl: Real (tom 4)
Autor: Katy Evans
Tłumaczenie:
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Liczba stron: 400
Data wydania: 28 czerwca 2017

Twórczość Katy Evans jest mi doskonale znana. Stworzyła niezwykłą serię Manwhore oraz zachwyciła mnie pierwszym tomem serii Real. W zasadzie przestałam już liczyć, ile jej książek przeczytałam. Owszem, zdarzają się słabsze pozycje w jej twórczości, ale jej styl pisania jest przyjemny, a historie mają w sobie coś takiego, że nie sposób się od nich oderwać. 

Rogue to czwarty tom serii Real. Historia Brooke Dumas oraz Remingtona Tate'a zakończyła się w trzeciej części — Remym. Nadszedł czas, aby swoją historię opowiedziała Melanie, przyjaciółka Brooke, która w trzech poprzednich częściach pojawia się kilkakrotnie, jednak nie sposób było dowiedzieć się o niej czegoś więcej.

Melanie próbuje uratować swój samochód przed deszczem, gdy nagle pojawia się on — tajemniczy mężczyzna, który nie waha się jej pomóc. Greyson King wywraca jej świat do góry nogami, sprawiając, że bohaterka traci całkowicie grunt pod nogami, a co za tym idzie — czujność. Myśląc, że to ten jedyny, oddaje mu całą siebie. Nie wie jednak, że King jest człowiekiem o dwóch twarzach, a ich spotkanie nie było dziełem zwykłego przypadku. Wkrótce wchodzi w jego mroczny świat, o którym istnieniu nie miała prawa się dowiedzieć. Jak postąpi, gdy dowie się, że Greyson skrywa w sobie tajemnice?

Skłamałabym, mówiąc, że Rogue może pochwalić się oryginalną fabułą. Często bywa tak w przypadku książek, które mają zabarwienie erotyczne. Nie nastawiam się zazwyczaj na jakąś spektakularną akcję, bo po takie książki sięgam zazwyczaj, gdy chcę się zrelaksować. Jednak gdy natrafiam na opowieść, która oprócz ciekawych postaci, ma także jakiś konkretny punkt zaczepienia, a historia nie jest mdła i nudna, jestem mile zaskoczona. Tutaj, choć nie mamy do czynienia z zaskakującą fabułą, to jednak nie potrafię się doczepić, bo całość została poprowadzona w poprawny sposób. Autorka spokojnie wprowadza nas w świat Melanie i Greysona, aby za chwilę sprawić, że nasz puls przyśpieszy.

Narracja, jaką zastosowała autorka, jest pierwszoosobowa i naprzemienna. Wydaje mi się, że teraz coraz częściej można się natknąć właśnie na taki sposób opowiadania historii, szczególnie w romansach. Poznajemy myśli bohaterów, ich wewnętrzne rozterki oraz rodzące się w ich głowach wątpliwości. Dzięki wglądowi w ich myśli możemy dokładniej zobrazować sobie w umyśle wszystkie sytuacje, w których uczestniczą, a jednocześnie niejednokrotnie natykamy się na nutkę tajemniczości, o którą w odpowiedni sposób zadbała autorka. 

Bohaterowie odczuwają silną potrzebę bliskości i posiadania. Każde ich spotkanie jest elektryzujące, a w powietrzu można wyczuć wyraźne seksualne napięcie. Czuć między nimi chemię, a dodatkowo każda scena zbliżenia jest okraszona porządną dawką pikantnych dialogów. Zarówno Melanie, jak i Greyson, pragną wynieść z tych krótkich spotkań jak najwięcej, ponieważ nie wiedzą, czy będą mieli okazję jeszcze się zobaczyć, a co za tym idzie — czy dojdzie do kolejnych zbliżeń. Ich seks bywa brutalny i ostry, ale to właśnie w taki sposób bohaterowie pragną przekazać to, co czują. Poprzez czyny próbują pokazać więcej niż przez słowa, które niejednokrotnie były przyczyną nieporozumień.

Choć na główny plan wysuwa się historia Melanie i Greysona, to autorka nie pozostaje obojętna na sytuacje rodzinne obojga bohaterów. Katy Evans pokazuje, jak niektórzy z nas potrafią być silnie związani z rodzicami, jak pragniemy ich uwagi oraz tego, aby po prostu nas kochali. Okazuje się, że nie zawsze jest to tak proste, jak mogłoby się wydawać. Niektórzy rodzice nie doceniają swoich dzieci oraz robią wszystko, aby zepsuć im życie. Autorka pokazała dwa skrajne oblicza miłości rodzicielskiej.
Lubiłem na to patrzeć, gdyż gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że kiedyś będę miał dosyć, a jej polowanie skończy się w chwili, kiedy dam jej znać, że to ja będę tym mężczyzną.
Rogue, mimo że jest dobrą książką, nie jest pozbawione wad. Jednym słowem — autorka przedobrzyła. Jednym z minusów tej powieści okazała się główna bohaterka. Nie jest złą i głupią dziewczyną, ale zabrakło mi w jej postaci głębi i odrobiny autentyzmu. Postać ta, nie do końca wiedziała, czego chce w życiu. I to nie jest minus, mam tu na myśli coś innego. Mówiła jedno, myślała drugie, a robiła trzecie. Zabrakło mi nieco konsekwencji w poprowadzeniu i stworzeniu jej postaci. Z jednej strony Melanie czuje, że Greyson nie jest z nią do końca szczery i coś przed nią ukrywa, ale z drugiej nigdy przedtem nie czuła się tak bezpieczna przy mężczyźnie.

Postaci Graysona nie mam nic do zarzucenia, jednak mam pewne wątpliwości co do jego zachowania. Trochę zdziwiło mnie, że ma tak absurdalne szczęście i każde zlecenie odhaczał bez problemu na swojej liście. Nie spotykał się z jakimiś większymi komplikacjami czy utrudnieniami, dlatego wydało mi się trochę nierealne. Co do samej kreacji postaci nie mam większych zarzutów, ponieważ myślę, że autorka stworzyła tego mężczyznę na podobiznę innych męskich postaci, na które natkniemy się w jej książkach. Greyson nawet gdyby chciał, nie jest idealny. Zdaje sobie sprawę ze swoich wad i wie, że spotykając się z Melanie, naraża ją na niebezpieczeństwo. Uważa też, że jest niewystarczająco dobry dla kobiety, która marzy o księciu na białym koniu, a on jest co najwyżej złoczyńcą.

Rogue jest dobrą historią, jednak nie tak dobrą, jak poprzednie części. W tym tomie nie brakuje namiętności, rozterek głównych bohaterów oraz nagromadzonych emocji, jednak to nie wystarczyło, aby książka ta stała się jedną z moich ulubionych. Szczerze mówiąc, czuję się nieco zawiedziona, bo choć Katy Evans stworzyła przyjemną historię, to jednak czegoś zabrakło mi w tej opowieści. Najlepiej jednak, jak sięgniecie po tę książkę i sami przekonacie się, czy było warto.

Real | Mine | Remy | Rogue | Ripped | Legend | Raced

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Papierowy Księżyc.


121. „Konkurs na żonę” Beata Majewska

Tytuł: Konkurs na żonę
Tytuł oryginalny: Konkurs na żonę
Cykl: Konkurs na żonę (tom 1)
Autor: Beata Majewska (Augusta Docher)
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 304
Data wydania: 10 maja 2017

Częściej sięgam po romanse niż po książki typowo obyczajowe, ale nie ukrywam, że oba gatunki bardzo lubię i często do nich wracam. Czasami jednak czuję przesyt opowieściami, które są do siebie bardzo podobne i rzadko można znaleźć coś, co w znacznym stopniu by mnie zachwyciło. Z literaturą obyczajową bywa różnie, podobnie jak z innymi gatunkami. Autorzy mogą nam zaserwować naprawdę świetną powieść, w której przenoszą nas w zupełnie inny świat, i dzięki którym, poznajemy bohaterów, którzy są podobni do nas, a co się z tym łączy — nie są wyidealizowani, albo kpią z czytelników i podają im na tacy miałkie historie, o których łatwo zapomnieć. Gdy na horyzoncie pojawił się Konkurs na żonę, nie mogłam mu się oprzeć i wiedziałam, że muszę go jak najszybciej przeczytać.

Sięgnęłam po tę książkę z kilku powodów. Jednym z nich była czysta ludzka ciekawość. Z twórczością Beaty Majewskiej miałam już styczność kilkakrotnie. Po raz pierwszy przy jej debiutanckiej powieści Eperu, którą wydała pod pseudonimem Augusta Docher. Następnie przyszła kolej na Anatomię uległości, w której autorka zaliczyła kilka potknięć. Pisarka nie ogranicza się do jednego gatunku i próbuje swoich sił na różnych płaszczyznach. W jej wydaniu czytałam już powieść młodzieżową i romans, a teraz nadszedł czas na historię w pełni obyczajową. 

Hugo Hajdukiewicz to mężczyzna zbliżający się do trzydziestki. Lada chwila ma odziedziczyć majątek po wuju, jednak zanim stanie się jego pełnoprawnym właścicielem, musi spełnić warunki, które zostały określone w testamencie. Przede wszystkim, jak najszybciej musi zmienić swój stan cywilny. Młody prawnik nie zamierza rezygnować z dużego majątku, dlatego jak najszybciej obmyśla plan, dzięki któremu ma poznać idealną kandydatkę na żonę. Wkrótce w jego życiu pojawia się Łucja — młoda studentka, która nie zna zamiarów Hajdukiewicza i nieumyślnie wpada w zastawioną przez niego pułapkę.

Dosyć gładko przemknęłam przez początek książki, aż w końcu dotarłam do momentu, w którym Hajdukiewicz spotkał się z Łucją, aby przekazać jej nagrodę za wzięcie udziału w konkursie. Od razu można było zauważyć, że nie zaiskrzyło między bohaterami. Mężczyzna w żaden sposób nie wydawał się być zainteresowany dziewczyną, choć początkowo wydawać by się mogło, że jest zupełnie inaczej. Był jednak zdeterminowany, aby w jak najszybszym czasie znaleźć żonę, dlatego nie wybrzydzał i postanowił zacząć się umawiać z Łucją. W zasadzie jedno spotkanie wystarczyło, aby studentka uległa urokowi przebiegłego biznesmena. Jednym słowem wpadła jak śliwka w kompot, myśląc, że Hajdukiewicz jest nią faktycznie zainteresowany. 

Do tej pory zachodzę w głowę, jak można być tak łatwowiernym i naiwnym. Jestem zdziwiona, jak łatwo dziewczyna dała się podejść sprytnemu prawnikowi, który przekroczył niejedną granicę dobrego smaku. Łucja wmawiała sobie, że jak najszybciej powinna zakończyć tę znajomość, bo Hugo Hajdukiewicz nie jest dla niej odpowiednim mężczyzną, jednak mimo wszystko  dalej ślepo brnęła w tę relację. Jej brak doświadczenia w związku z mężczyznami sprawił, że przy dwudziestoośmioletnim Hajdukiewiczu, robiła z siebie kompletną idiotkę. Przebywając z mężczyzną, zaczynała żartować, jednak nie były to zbyt udane dowcipy. Dodatkowo zaczynała gadać jak najęta, co niejednokrotnie doprowadzało i mnie, i bohatera, do szewskiej pasji. Nie bez powodu mówi się, że duży wpływ na zachowanie człowieka ma miejsce, w którym się wychował i ja całkowicie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Myślę, że to stąd wynika fakt, że Łucja jest nieobyta w świecie oraz jej relacje w sferze damsko-męskiej są na zerowym poziomie. Dopiero potem wzięła się w garść i pokazała, że nie jest tak słaba, na jaką wygląda. 

Mimo mojej początkowej niechęci do Hugona Hajdukiewicza muszę przyznać, że to jedna z lepiej wykreowanych postaci, która wyszła spod pióra Beaty Majewskiej. Pisarka nie idealizowała go na siłę. Zrobiła z niego gbura, kłamcę i materialistę, który na kartach powieści przechodzi częściową przemianę. Nie każda kobieta chciałaby spotkać na swojej drodze takiego mężczyznę, ponieważ bywa bezwzględny, sprytny i podstępny.

Nie można też zapomnieć o pozostałych postaciach, które tworzyły fenomenalne tło. Bardzo mnie cieszy, że mimo wszystko autorka nie skupiła się wyłącznie na dwójce głównych bohaterów, lecz poświęciła wystarczająco dużo czasu postaciom, które odgrywały mniejsze, jak i większe role w powieści. Na moich ustach pojawiał się uśmiech, gdy „na scenę” wkraczała babcia Zofia, która była niezwykle ciepłą i dobroduszną kobietą. 

Autorka starała się nakreślić i uwypuklić różnice między dwiema warstwami społecznymi. Częściowo udało się jej to, ponieważ czytelnik bez problemu mógł dostrzec, że bohaterowie pochodzą z zupełnie innych światów, liczą się dla nich odmienne wartości i mają całkiem inne priorytety. Nie mogło też zabraknąć różnic w sposobie wysławiania się bohaterów, jednak tutaj natknęłam się na zgrzyty, które nieco wpłynęły na odbiór całej powieści. Bo choć autorka starała się wyznaczyć wyraźną granicę, to jednak spolszczenie angielskich wyrazów nie okazało się dobrym posunięciem. Wydaje mi się, że młodzież (a do niej jeszcze się zaliczam) w dzisiejszych czasach nie posługuje się słowami typu rejczel czy dżez. Według mnie takie zwroty były wymuszone i niepotrzebne. 

Dzięki wplecionym retrospekcjom książka nie nuży. Nawiązania do wydarzeń, które miały miejsce kilka godzin lub kilka minut wcześniej oraz liczne wspomnienia bohaterów  sprawiają, że Konkurs na żonę nabiera głębi. Akcja powieści rozgrywa się w głównej mierze w Krakowie, a trochę rzadziej w mniejszej miejscowości, w której wychowała się Łucja. Początkowo myślałam, że tempo powieści będzie jednostajne, ale o dziwo, takie nie było. Autorka zaserwowała (ku mojej uciesze) kilka zwrotów akcji, mimo że w pierwszej chwili nic nie wskazywało na to, że takie zawirowania pojawią się na kartach powieści.

Autorka zgrabnie operuje słowem pisanym. Dialogi oraz poszczególne opisy nie są w żaden wymuszone. Bije od nich lekkość, co sprawia, że książka jest jeszcze przyjemniejsza w odbiorze. Zdecydowanie większy nacisk został też położony na emocje bohaterów, a nie na zbędne opisy, zwane potocznie zapychaczami. Mimo że to emocje odgrywają pierwsze skrzypce, to jednak zabrakło mi rozwiniętych opisów przeżyć wewnętrznych bohaterów. W książce dominuje humor, którego niestety nie jestem wielbicielką (mam bardzo specyficzne poczucie humoru), ale na pewno znajdzie on wielu zwolenników wśród czytelników, którzy postanowią sięgnąć po książkę. 

Konkurs na żonę to książka, którą czyta się błyskawicznie. Ciekawie nakreślona historia, pełnokrwiści bohaterowie oraz przyjemny styl autorki gwarantują mile spędzony czas. To lekka i momentami zabawna historia, która wprawi Was w dobry nastrój. Mimo małych potknięć i uchybień jestem ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów w drugim tomie. Bo choć autorka nie wniosła tą książką na literackie wyżyny, to jednak sprawiła, że miło spędziłam czas, czytając tę pozycję. Jeżeli jesteś fanką powieści obyczajowych, to śmiało sięgnij po Konkurs na żonę

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuje Grupie Wydawniczej Publicat.

ZAPOWIEDŹ: „Wszechświat w twojej dłoni” Christophe Galfard

Tytuł: Wszechświat w twojej dłoni
Tytuł oryginalny: The Universe in Your Hand: A Journey Through Space, Time, and Beyond
Autor: Christophe Galfard
Tłumaczenie: Sławomir Paruszewski
Wydawnictwo: Otwarte 
Data premiery: 13 września 2017
Opis: Gdy wieczorami patrzysz w niebo, widzisz tylko tajemniczą i niepokojącą przestrzeń. Granatowa otchłań przetykana mrugającymi gwiazdami stanowi zagadkę, nad którą pewnie się zastanawiasz. Jednak naukowy język, którym zwykle opisuje się Wszechświat, sprawia, że zamiast zgłębiać teorię Wielkiego Wybuchu, czujesz, że zaraz wybuchnie ci głowa. Właśnie dlatego musisz przeczytać tę książkę. Christophe Galfard, uczeń samego Stephena Hawkinga, zabierze cię na niezwykłą wyprawę 10 milionów lat świetlnych od Ziemi, pokaże powierzchnię gasnącej gwiazdy lub zmniejszy cię do rozmiarów atomu. Dzięki sile wyobraźni, bez trudnych definicji i skomplikowanych obliczeń odkryjesz prawdziwe piękno Wszechświata.


Galfard przemienia naukę w hollywoodzką historię — Livres Hebdo.
***

Zamierzacie skusić się na tę książkę? Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się jej doczekać. Uwielbiam Stephena Hawkinga i cudownie będzie móc przeczytać książkę jego ucznia.


Opis książki oraz okładka: wydawnictwo Otwarte.
© Agata | WS.