113. „Zatrzymać dzień” Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski

Tytuł: Zatrzymać dzień
Tytuł oryginalny: Zatrzymać dzień
Cykl: -
Autor: Wioletta Szczepańska, Ireneusz Słupski
Wydawnictwo: -
Liczba stron: 321
Data wydania: 2016

Kilkanaście tygodni temu dostałam maila z prośbą o zrecenzowanie pewnej książki. Autorka, mama Kubusia napisała do mnie, prosząc o recenzję Zatrzymać dzień. Gdy usłyszałam historię, która wiązała się z tą książką, nie wahałam się ani chwili i od razu się zgodziłam. Wyobrażacie sobie, że nie jedno, a kilka wydawnictw odmówiło jej wydania, bo jak określili, słowa matki są zbyt mocne? Jestem rozczarowana postawą wydawnictw, bo czy naprawdę historia z życia wzięta może być za mocna? Bądź co bądź zwlekałam z tą recenzją, bo jednak historia zawarta w książce nie jest łatwa w odbiorze, to jednak w końcu postanowiłam się zebrać i napisać Wam o niej parę słów.

W życiu człowieka przychodzi taki okres, kiedy nagle chce założyć rodzinę i mieć dziecko. Nikt jednak nie wie, co czeka go w przyszłości i jakie komplikacje mogą spotkać go po drodze. Po urodzeniu pierwszego syna Wiola wraz z mężem nie mogli nacieszyć się swoją pociechą. Wszystko zmieniło się, gdy nagle się dowiedzieli, że ich synek cierpi na nowotwór, a dokładniej na siatkówczaka. Zaledwie trzymiesięcznemu chłopcu usunęli oko, ale rak nie dał za wygraną i wkrótce zaatakował drugie oko. Polscy lekarze nie byli w stanie pomóc małemu — poddali się, więc rodzice postanowili szukać pomocy gdzie indziej. Zabieg, który miał pomóc Kubie, kosztował naprawdę dużo. I wtedy niespodziewanie przyszła pomoc. Internauci w ciągu trzech dni wpłacili na konto sześćset tysięcy złotych. Przeszło to najśmielsze oczekiwania rodziców, dlatego resztę pieniędzy przekazali innym chorym dzieciom. 

Nie zamierzam oceniać tej książki pod względem słownictwa ani pod względem stylistycznym. I tak przywiązywałam do tego małą uwagę, bo historia, którą znalazłam w tej książce, naprawdę dotkliwie mnie poruszyła i ostatnie, o czym myślałam to to, czy książka zawiera błędy, czy nie. W pewnych przypadkach naprawdę nie warto zwracać uwagi na brak łamania tekstu czy korekty. Warto jednak zwrócić uwagę na treść, bo to ona tu gra pierwsze skrzypce.

Ta książka to przede wszystkim emocje, cały bagaż emocji. Opowieść o uczuciach, jakie towarzyszyły zagubionej matce, która za wszelką cenę chciała uratować swoje dziecko. Nie sposób przejść obojętnie obok tej historii, bo pokazuje ona rzeczywistość taką, jaką jest, bez zbędnych udziwnień i upiększeń. Emocje i tak nie są porównywalne z tymi, które towarzyszyły matce, która walczyła o zdrowie Kuby. Jednak to nie tylko opowieść o bezinteresowności ludzi, chorobie Kuby i jego leczeniu. To także historia Wioli — kobiety, która mimo kłód pod nogami, nie poddała się.

Wciąż nurtuje mnie problem z wydaniem tej książki. Dlaczego nikt nie chciał jej wydać, uzasadniając, że to, co w niej zawarte jest zbyt mocne dla zwykłego, szarego człowieka? Czy za zbyt kontrowersyjną można uznać historię, która jest z życia wzięta? Czy ludzie naprawdę zatracili w sobie jakąkolwiek empatię?

Druga część tej książki jest napisana przez Pana Ireneusza, który od początku wspierał Wiolę. Mężczyzna dokładnie tłumaczy, jak zorganizować akcję pomocy w internecie. Jestem też pełna podziwu dla Pana Ireneusza, który w niecałe 24 godziny stworzył stronę OkoKuby.pl i mocno zaangażował się w zbiórkę. To piękne, że są na świecie ludzie, którzy potrafią dać od siebie więcej, niż moglibyśmy się spodziewać. Na kartach tej książki znajdziecie również wiadomości i komentarze od osób, które były wsparciem dla całej rodziny. W środku można natknąć się też na liczne fotografie Kuby i jego najbliższych.

Zatrzymać dzień to książka, która pokazuje, że na świecie są jeszcze ludzie, którzy są gotowi pomóc, i wesprzeć w potrzebie. Nieważne czy przekazali złotówkę, dziesięć złotych czy jakąś większą kwotę — najważniejsze jest to, że chcieli pomóc, za wszelką cenę. Ze strony internautów to gest, który naprawdę zasługuje na uwagę. Jest to również opowieść o niewyobrażalnej sile rodzicielskiej miłości oraz wierze w lepsze jutro. Książka pokazuje, że mimo przeciwności, warto walczyć i wierzyć, bo w nas tkwi największa siła i determinacja.

To publikacja, która jest potrzebna. Społeczeństwo potrzebuje takich książek, bo często nie zdaje sobie sprawy, że nawet najmniejsza pomoc jest symbolem człowieczeństwa. Przechodzenie obojętnie obok takich spraw nie uczyni cię lepszym człowiekiem. Nikt nie oczekuje od Ciebie, że będziesz pomagał każdemu, jednak może w pewnym momencie zastanowisz się, czy faktycznie to, co robisz jest dobre i pomyślisz o jakiejkolwiek formie pomocy, komukolwiek. Nieważne, czy to będzie chore dziecko, chory starszy człowiek, czy potrzebująca rodzina. Natomiast jeżeli potrzebujesz pomocy, pamiętaj, że warto o nią prosić, bo na pewno znajdzie się ktoś, kto wyciągnie do Ciebie pomocą dłoń.
***
Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję Pani Wiolettcie Szczepańskiej.

Recenzję uzupełnię o zdjęcia, gdy tylko będę miała możliwość je wykonać

112. „Manwhore +1” Katy Evans (PRZEDPREMIEROWO)

Tytuł: Manwhore +1
Tytuł oryginalny: Manwhore +1
Cykl: Manwhore (tom 2)
Autor: Katy Evans
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 384
Data wydania: 17 lutego 2017

Jeżeli nie czytałeś pierwszej części, czyli Manwhore, musisz zdawać sobie sprawę, że recenzja drugiego tomu może zawierać spoilery. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Jeżeli czytaliście pierwszą część, to doskonale wiecie, że jej zakończenie nie było szczęśliwe, choć nadal pozostawała mała nadzieja, że wszystko się ułoży, a nasi bohaterowie nie rozstaną się w tak drastyczny sposób. Autorka już wtedy zaserwowała czytelnikom istny rollercoaster, a co za tym idzie — postawiła wysoko poprzeczkę. Czy podołała wyzwaniu i kontynuacja Manwhore okazała się równie dobra, co jej poprzedniczka? I czy Rachel i Malcolm będą mieli szansę na ułożenie sobie życia razem?

Nie wszystko potoczyło się tak, jak oboje by tego chcieli. On poczuł się oszukany, a ona ma pretensje do siebie, że go zraniła. Ich drogi na moment się rozeszły, ale tylko po to, aby los mógł ponownie je połączyć. Jeden artykuł zmienił wszystko, ale tlące się uczucia przybrały tylko na sile. W jednej chwili Rachel zrozumiała swój błąd, wiedząc, że nie może pozwolić odejść Saintowi. Chce wszystko naprawić, a wkrótce się okazuje, że jest ku temu okazja, bo Saint jest w końcu gotowy na spotkanie. Jednak czy tematem ich rozmowy będzie to, co wydarzyło się między nimi jakiś czas temu? Czy raczej biznesmen ma dla niej propozycję nie do odrzucenia?

I dociera do mnie, że miłość jest równie zmienna, jak niebo czy ocean: nie znika, ale nie zawsze jest słoneczna, czysta czy spokojna.

W tej części możemy liczyć na więcej szczerych rozmów między głównymi bohaterami. Żadne nie chce zranić siebie nawzajem, dlatego ich relacje są na samym początku nieco napięte. On — nie chce jej zaufać, bo zaufanie i lojalność to dla niego najwyższe wartości, a ona nie potrafiła tego uszanować. Rachel natomiast boi się wyznać swoje uczucia ponownie oraz jest pewna obaw o kolejną reakcję Sainta. Bohaterowie chcą dać sobie czas, pragną poznać swoje przyzwyczajenia i siebie nawzajem jeszcze w większym stopniu. Pozostaje tylko pytanie, czy uda im się to, ponieważ oboje są bardzo uparci i może nie być łatwo. Najlepsze w tej książce jest to, że miłość rodzi się tu powoli, bohaterowie nie skaczą sobie od razu do łóżka, a nawet, gdy na ich drodze pojawiają się problemy, nie załatwiają wszystkiego poprzez seks, co można spotkać w wielu książkach tego typu.

Powiedzmy sobie szczerze — Saint nigdy święty nie był, ale widać, jak jego postać ewoluuje na przestrzeni dwóch tomów Manwhore. Biznesmen, choć wie, że może mieć dziewczyn na pęczki, woli (nie)zwykłą Rachel, którą ceni za skromność, profesjonalizm i naturalność. W dodatku nikt nie wywołuje w nim takich uczuć, jak główna bohaterka, która jednym spojrzeniem potrafi rozpalić go do czerwoności i wprawić w stan prawdziwej frustracji.

Co do drugoplanowych i epizodycznych bohaterów, to nie pojawiają się oni w jakimś znaczącym stopniu, są raczej zwykłym urozmaiceniem w całej historii i towarzyszą Saintowi i Livingston w kilku sytuacjach. Czy przeszkadza to w jakiś sposób? Nie. Myślę, że i tak autorka nie dała nam poznać ich w dużym stopniu, ale nie czuję, abyśmy coś stracili. Mnie bardziej absorbowały relacje głównych bohaterów, a nie pobocznych.

Kiedy nasze usta odrywają się od siebie, mój mur leży skruszony u mych stóp, ale nie mam w sobie na tyle energii, aby go odbudować.

Nie pamiętam, czy przy recenzji poprzedniego tomu wspominałam, że tytuł jest zupełnie nieadekwatny do treści, jaką reprezentuje sobą ta książka. A nawet jeśli o tym mówiłam, to nadal podtrzymuję tę opinię. Podejrzewam, że tytuł ma związek z postacią Malcolma Sainta, ale na litość boską! To nie jest bohater, który sypia z każdą napotkaną kobietą, choć nie ukrywajmy, że chętnych ma na pęczki i każda kobieta, która spotyka go na swojej drodze, chciałaby chociażby go dotknąć. Myślę, że dlatego niektórzy patrzą na tę książkę z pewną dozą rezerwy — i wcale mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że tytuł jest, jaki jest. Ludzie myślą, że to pewnie jakaś książka, w której bohater ma jakieś dziwne dewiacje. Co więc oznacza +1 dodane przy tomie drugiej części? Musicie sami się przekonać.

Jestem człowiekiem pełnym wad, nadziei i strachu, silnym i słabym, i niezależnym — oraz zakochanym w nim tak, jak one z całą pewnością nie są. 

Styl autorki nie uległ jakiejś większej zmianie, ale na pewno widzę lekkie zmiany, jeżeli chodzi o płynność wszelkich wydarzeń. Początkowo wydarzenia płyną wolno, aby w punkcie kulminacyjnym przyśpieszyć i wywołać w czytelniku całą gamę emocji. Nie ma może dużych zwrotów akcji, ale autorka zaskoczyła mnie poprowadzeniem kilku wątków. Nie jest to oczywiście negatywne zaskoczenie, wręcz przeciwnie — cieszę się, że fabuła tej książki nie jest ograniczona wyłącznie do scen erotycznych. Autorka decyduje się na niezbyt długie zdania, raczej na takie średniej długości, w których czytelnik się nie gubi i ma jasny obraz poszczególnych sytuacji. No cóż, nie bez powodu uważa się, że zdania dłuższe niż dwadzieścia wyrazów, są trudne i niezrozumiałe dla potencjalnego odbiorcy, dlatego myślę, że jak na romans, to całkiem rozsądne rozwiązanie.

A jeżeli o scenach erotycznych mowa, to uważam, że Katy Evans ma naprawdę smykałkę do opisywania takich sytuacji. Nic w opisywanych przez nią scenach nie jest wulgarne i nachalne. Każda z takich scen jest opisana w inny sposób, nie nudzi czytelnika, nie odrzuca go w żaden sposób, tylko przyciąga go i wywołuje na policzkach rumieńce. Jest namiętność, pożądanie, ale także czułość i głębokie oraz niezaprzeczalne uczucie między bohaterami.

Podsumowując, uważam że Manwhore +1 jest dobrą kontynuacją. Mnie ta książka przypomina dobrą powieść obyczajową, która jest urozmaicona niebanalnymi i obfitującymi w żar scenami erotycznymi. Bohaterowie są wykreowani w ciekawy sposób, a cała opowieść z każdą stroną nabiera tempa. Rachel i Malcolm to postacie, których chyba nie da się nie polubić. Niezaprzeczalnie Katy Evans skradła moje serce swoją twórczością. Zarówno seria Real, jak i Manwhore trzymają swój poziom, a fankom literatury kobiecej z całą pewnością przypadną do gustu. Ta książka elektryzuje, oszołamia, a w dodatku jest do bólu grzeszna. Niezależnie od pory dnia, mam nadzieję, że spędzicie miło czas przy tej książce, kiedy zdecydujecie się po nią sięgnąć.

***
Za egzemplarz oraz możliwość zapoznania się z książką przed premierą dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.

111. „Dziecko wspomnień” Steena Holmes

Tytuł: Dziecko wspomnień
Tytuł oryginalny: The Memory Child
Cykl: -
Autor: Steena Holmes
Tłumaczenie: Urszula Gardner
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 240
Data wydania: 7 października 2016

Ostatnio staram się sięgać po książki z różnych gatunków, dlatego tym razem mój wybór padł na Dziecko wspomnień, czyli najnowszą książkę Steeny Holmes. Z twórczością autorki miałam styczność już wcześniej, ponieważ czytałam Szukając Emmy, która zrobiła na mnie spore wrażenie.

Miałam pewne podejrzenia co do fabuły tej książki, jednak mimo wszystko nie wiedziałam, czego tak do końca mogę się po niej spodziewać. Zostałam mile zaskoczona, ponieważ Dziecko wspomnień wzbudziło we mnie szereg emocji, a o wydarzeniach z książki pamiętam do tej pory, chociaż czytałam o nich parę dobrych tygodni temu, podczas których działo się naprawdę wiele w moim życiu. 

O czym to tak właściwie książka? Cóż, może się wydawać, że fabuła nie wygląda na skomplikowaną, ale w gruncie rzeczy na początku potencjalnemu czytelnikowi może być ciężko odnaleźć się we wszystkich wydarzeniach i sytuacjach, z którymi musi zmierzyć się główna bohaterka — Diana. Brian i Diana to szczęśliwe małżeństwo. Gdy Brian dowiaduje się, że Diana jest w ciąży, nie może się tym nacieszyć, jednak martwi go fakt, że jego żona nie jest zachwycona perspektywą zostania matką, zwłaszcza że właśnie otrzymała awans i jedyne, o czym myśli, to praca. Diana natomiast nie potrafi zrozumieć radości męża, bo uważa, że na dziecko przyjdzie jeszcze czas, a jedyne czemu ona pragnie się poświęcić, jest rozwijanie firmy i wspinanie się po kolejnych szczeblach kariery. Brian dodatkowo musi wyjechać do Londynu, bo dostał propozycję nie do odrzucenia, dlatego wszystko spada na barki Diany. Mija jakiś czas, a ciąża zupełnie zmienia bohaterkę. Gdy przychodzi moment powrotu do pracy, Diana nie potrafi zostawić swojej córeczki pod opieką kogoś innego. Kiedy Diana zaczyna zauważać dziwne zachowanie najbliższych, uświadamia sobie, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Czy uda się jej rozwikłać sprawę, w którą uwikłani są jej najbliżsi?

Przepadłam podczas czytania tej książki. Pochłonęłam ją w jednej wieczór, choć z perspektywy czasu wydaje mi się, że powinnam ją rozłożyć na kilka dni, aby wydarzenia z tej książki tak silnie na mnie nie oddziaływały. Z drugiej strony, to może lepiej, że książka pozostawiła w moim sercu tak głęboki ślad. Dawno nie czytałam tak dobrze skonstruowanej powieści. Czytelnik nie od razu potrafi rozwikłać zagadkę, ale od pierwszych stron czuje niepokój, który towarzyszy głównej bohaterce. Pewne wydarzenia zaczynają się nie zgadzać, a czytelnik zaczyna coraz bardziej zagłębiać się w tę historię, podobnie jak Diana, którą niepokoi zachowanie znajomych.

Narracja jest prowadzona naprzemiennie. Raz poznajemy wydarzenia z perspektywy Diany, a raz z perspektywy Briana. Styl autorki nie męczy czytelnika. Dialogi w tej powieści są dobrze skonstruowane, nie brzmią tak, jakby osoby wypowiadające się, urwały się z księżyca. Są naturalne. Autorka zadbała, aby obyło się bez zbędnych frazesów i poetyckich naciągnięć, które wydawałyby się tandetne i sztuczne na tle takiej powieści. Ciężko sklasyfikować, do jakiego gatunku należy Dziecko wspomnień, dlatego uznałam, że najtrafniej będzie powiedzieć, że to książka obyczajowa z elementami psychologicznymi.

Cechą charakterystyczną tej książki jest realizm, który bije od każdej ze stron. Czytelnik nie spotka się tu z naciąganą opowiastką, która jako tako go zadowoli. Ta książka to przede wszystkim emocjonująca, wzruszająca i poniekąd wstrząsająca opowieść, która niejednokrotnie zmusi czytelnika do zatrzymania się i przemyślenia wielu spraw. To powieść do bólu prawdziwa, która pokazuje, z czym muszą borykać się osoby, które straciły cząstkę siebie.

Warto pamiętać, że nie każde macierzyństwo jest odbierane jako błogosławieństwo. Czasami to przechodzenie przez ciężkie chwile, przez ataki paniki, przez depresję, a w najgorszych przypadkach przez psychozę i hipomanię poporodową. Nie każda kobieta potrafi poradzić sobie w takich sytuacjach, a bliscy nie zawsze wiedzą, co powinni zrobić i jak pomóc.

Jedyny problem, jaki mam z tą książką to postać głównej bohaterki. Mimo że historia opowiada o naprawdę tragicznych wydarzeniach, to ja jednak nie potrafiłam się z nią utożsamić w żaden sposób. Była mi całkowicie obojętna, choć tak jak mówiłam — wydarzenia, które działy się wokół niej naprawdę zapadały w pamięć i wywoływały w człowieku chwile refleksji. Jednak nie jest powiedziane, że wy nie będzie współodczuwać tragedii, jaką spotkała Dianę. Być może poczujecie z nią silniejszą więź, ale ja niestety nie byłam w stanie. Nie jest to w żadnym wypadku wina postaci, ponieważ wszyscy bohaterowie są dopracowani w najdrobniejszym szczególe.

Podsumowując, Dziecko wspomnień to naprawdę dobra i warta przeczytania książka. Porusza problemy, które są obecne w dzisiejszym świecie, a o których za wiele się nie mówi, bo ludzie wychodzą z założenia, że nie warto i każdy musi radzić sobie sam z problemami. Warto ją przeczytać choćby po to, aby zobaczyć, z jakim ciężarem borykają się osoby, które tracą kogoś bliskiego, które tak naprawdę nie wiedzą, jak sobie z tym wszystkim radzić. Książka do bólu prawdziwa, obok której nie da się przejść obojętnie i po jej przeczytaniu nie da się tak po prostu jej odłożyć na półkę bez jakiejkolwiek refleksji.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu.
© Agata | WS.