16 grudnia 2017

„Until November” Aurora Rose Reynolds

Tytuł: Until November
Tytuł oryginalny: Until November
Cykl/seria: Until (tom 1)
Autor: Aurora Rose Reynolds
Tłumaczenie: Olga Kwiecień
Wydawnictwo: Editio Red
Liczba stron: 250
Data wydania: 6 października

November po wypadku postanawia przeprowadzić się do ojca. Ma też dość egoistycznej, rujnującej jej życie matki. Zostawia za sobą dawne życie i szuka schronienia u drugiego rodzica. Pragnie jedynie chwili wytchnienia i odrobiny spokoju. Zaczyna pracować jako księgowa w klubie prowadzonym przez jej rodzinę. Poznaje Ashera, który jest tam ochroniarzem. Mężczyzna od początku ją intryguje, ale jednocześnie niesamowicie działa jej na nerwy. November zdaje sobie sprawę, że może zbyt mocno namieszać w jej życiu, jednak nie potrafi mu się oprzeć. Czy pozwoli, aby panujące między nimi napięcie w końcu pękło? Co zrobi kobieta, kiedy przeszłość o sobie przypomni?

Po tak zachęcającym opisie można spodziewać się ekscytującej, pełnej emocji i trzymającej w napięciu historii, od której nie będzie można się oderwać. Jednak gdy w końcu sięgnęłam po książkę i im bardziej zaczęłam się w nią zagłębiać, tym większe czułam znużenie i zażenowanie. Zdałam sobie sprawę, że historia zawarta w Until November jest mdła, nijaka i pełna absurdów. Początkowo nic nie zapowiadało tak rozczarowującej lektury, jednak im dalej brnęłam, tym było gorzej. Until November to pierwszy tom serii Until wydawanej przez wydawnictwo Editio. Każda część jest poświęcona innemu bohaterowi.

Na pewno nie można powiedzieć, że nie ma w tej książce akcji — jest, ale co z tego, skoro każde z wydarzeń nie jest na tyle rozwinięte, by czytelnik mógł się nim zainteresować? Autorka pisze streszczenia różnych wydarzeń, ale w żaden sposób ich nie rozwija i nie angażuje czytelnika, zachęcając go do poznania dalszej historii. Tempo akcji jest zastraszająco szybkie, co nie sprawdza się w książce liczącej mniej niż 300 stron, zwłaszcza że autorka zawarła w niej naprawdę wiele wydarzeń, które nie mają szansy bardziej się rozwinąć. Książka przypomina typowy harlequin — jest krótka, bo liczy zaledwie 250 stron, wszystkie wydarzenia płyną bardzo szybko, a dodatkowo większość wątków jest potraktowana po macoszemu. Co więcej, Until November jest strasznie cukierkowa i nijaka.

Bohaterowie stworzeni przez Aurorę Reynolds są papierowi i całkowicie pozbawieni charakteru. Brakuje im motywacji do działań, jak również wiarygodności. November od samego początku jest wpatrzona w Ashera, który wbrew temu, co próbuje pokazać autorka, jest postacią pozbawioną wszelkich zahamowań. Zachowujący się niczym jaskiniowiec, prawie trzydziestoletni mężczyzna, nie odstępuje na krok swojej wybranki, ograniczając maksymalnie jej swobodę i zdolność do komunikowania się oraz spotykania z innymi ludźmi (szczególnie z płcią przeciwną). Traktuje ją jak swoją własność i choć November początkowo próbuje mu się sprzeciwiać, w ostatecznym rozrachunku robi wszystko, co każe Asher, podporządkowując swoje życie jego zachciankom. Brakuje mi tu konkretnego zagłębienia się w psychikę bohaterów oraz uwydatnienia ich cech.

Autorka zbyt mocno skupiła się na głównych postaciach, przez co całkowicie zapomniała o pozostałych bohaterach oraz o wielu wątkach, które rozpoczęła, ale nie była w stanie poświęcić im wystarczającej uwagi. Początkowo mamy okazję poznać rodzinę November, ale z każdą kolejną stroną pojawia się o nich coraz mniej wzmianek. Podobnie jest z bliskimi Ashera, co działa całkowicie na niekorzyść Until November, ze względu na to, że czytelnik czuje się znudzony powtarzającymi się, schematycznymi scenami, w których uczestniczą wyłącznie November i Asher. Samą relację oraz rodzące się uczucie (choć tu bardziej mowa o nagłym pojawieniu się uczucia znikąd) określiłabym mianem pomieszania z poplątaniem. Reynolds rzuca bohaterów w wir namiętności, jednak żaden opis czy dialog nie pozwala poczuć tych uczuć, które nimi targają. Brakuje dynamiki, dzięki której czytelnik mógłby obserwować kolejne etapy, w których znajdowały się postacie. Związek po prostu istnieje, ale nie wzbudza żadnych emocji.

Książka daje złudne nadzieje na elektryzujący romans, stopniowo rodzący się między parą głównych bohaterów. W rzeczywistości czytelnik otrzymuje rozmemłaną, przepełnioną banalnymi rozwiązaniami historię, która jest kompletnie oderwana od rzeczywistości. Styl autorki nie zachwyca, język jest prosty, niezbyt wyszukany, a co najgorsze — w tekście można natknąć się na wiele powtórzeń. Czytelnik ma wrażenie, że czyta wciąż o tym samym, a Reynolds nie potrafi stworzyć opisów, które dawałyby jakiekolwiek wyobrażenie o miejscu czy bohaterach, z którymi ma styczność. 

Until November to książka, która miała szansę umilić wieczór miłośnikom literatury kobiecej, jednak Aurora Rose Reynolds zupełnie nie wykorzystała jej potencjału. Stworzyła do bólu przewidywaną, przesłodzoną historię, w której absurd goni absurd. Jak widać interesujący pomysł to nie wszystko — należałoby go jeszcze dobrze wykorzystać.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Editio Red.

30 listopada 2017

Jak one potrafią zawrócić w głowie! „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” Janusz Leon Wiśniewski

Tytuł: Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie
Tytuł oryginalny: Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie
Cykl/seria: -
Autor: Janusz Leon Wiśniewski
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Znak Literanova
Liczba stron: 576
Data wydania: 8 listopada 2017

Po raz pierwszy z Januszem Leonem Wiśniewskim miałam styczność kilka dobrych lat temu, kiedy czytałam Samotność w sieci. Niestety, ale nie rozumiałam jej fenomenu, dla mnie była po prostu okej, ale nic poza tym. Nie skreśliłam jednak twórczości tego autora, bo być może byłam jeszcze za młoda, by zrozumieć tę historię. Ósmego listopada miała premierę jego najnowsza książka, czyli Wszystkie moje kobiety. Czy tym razem moje serce zabiło mocniej dla jego twórczości?

Wszystkie moje kobiety to historia mężczyzny, który po kilku miesiącach wybudza się ze śpiączki. Nie wie, gdzie się znajduje, a tym bardziej, co się wydarzyło. Pobyt w szpitalu zmusza go do zastanowienia się nad tym, jakim jest człowiekiem i jak postępował wobec innych. Jak się okazuje, podczas gdy on leżał nieprzytomny, odwiedziło go wiele kobiet, z którymi miał styczność. Kim był dla nich? Kim one były dla niego? Której był coś winien, której kiedyś podarował za mało, a która była mu wdzięczna?*

Książka jest swego rodzaju spowiedzią mężczyzny, który próbuje rozliczyć się sam ze sobą z tego, jak traktował kobiety, które przewijały się przez różne momenty w jego życiu. Główny bohater nie stara się na siłę usprawiedliwiać swoich czynów — zdaje sobie doskonale sprawę z tego, jak źle postępował i traktował kobiety, jednak wie, że i tak nie może nic zmienić. Jedyne, co może zrobić, to pogodzić się z takim stanem rzeczy oraz być rozważniejszym w przyszłości. Wyciąga wnioski z przelotnych znajomości, romansów i związków z innymi kobietami. Jest szczery, otwarty i bezpośredni w swoich opowieściach.

Narracja trzecioosobowa pozwala spojrzeć na historię z pewnym dystansem. Czytelnik nie ocenia bohatera, jedynie śledzi jego rozważania i próbuje zrozumieć jego postępowanie wobec płci przeciwnej. Książka została podzielona na trzy części, które noszą odpowiednie tytuły: Afazja, Przebudzenia oraz Sześć miesięcy później. Brak w niej typowego podziału na rozdziały. Autor z niezwykłą starannością opisuje wydarzenia z życia bohatera, dbając o każdy szczegół oraz co i raz wplatając w nie liczne wspomnienia. 

Nie brakuje w tej książce emocji — zarówno są wywoływane w czytelniku, jak i w sugestywny sposób są opisywane na kartach powieści. Autor pokazuje różne oblicza miłości: szczęśliwe uniesienia, ale także liczne rozczarowania i niedomówienia. Poświęca wiele uwagi rozważaniom na temat życia i ludzkiej codzienności. Nie pokazuje wyłącznie czerni lub bieli, lecz również szarość, która jest obecna w życiu każdego z nas. Opowiada także o relacjach międzyludzkich, które bywają często przyczyną problemów. 

Styl pisarza jest bardzo specyficzny i określiłabym go mianem surowego (jakkolwiek to brzmi). Język, jakim się posługuje, albo przypadnie czytelnikowi do gustu i każdą kolejną stronę będzie pochłaniał z dużym zaangażowaniem, albo wręcz przeciwnie — zatrzyma się na którejś i nie będzie w stanie ruszyć dalej. Nie brakuje tu wulgaryzmów, więc dla młodszego czytelnika nie będzie to raczej odpowiednia lektura.

Z tą książką nie spędzisz jednego wieczoru. Usiądziesz i będziesz rozkoszować się każdą stroną. Niejednokrotnie bardziej się nad nią pochylisz, by móc zastanowić się nad tematami, które podejmuje w utworze autor. Nie raz i nie dwa odłożysz ją na bok, aby zrobić sobie przerwę i odetchnąć. Czytanie jej wzbudzi w Tobie wiele skrajnych emocji: pojawi się złość, frustracja, ale i euforia, od której trudno będzie Ci uciec. Mimo że może się wydawać, że Wiśniewski w swojej książce nie podejmuje trudnych tematów, niełatwo oprzeć się wrażeniu, że o tych najbardziej banalnych pisze się najciężej.

Podsumowując, uważam że Wszystkie moje kobiety Janusza Leona Wiśniewskiego to opowieść, której warto poświęcić chwilę uwagi. Autor snuje rozważania na temat życia oraz uczucia, jakim jest miłość. Nie pokazuje jednak jednego, konkretnego obrazu. Słodko-gorzka historia o relacjach międzyludzkich, życiu, a także o decyzjach, jakie musi podejmować człowiek. Niezwykle dojrzała, pełna emocji powieść, która niejednokrotnie zmusza do refleksji.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.

* pytania zaczerpnięte z oficjalnego opisu książki.

24 listopada 2017

„Dominic” + „Bronagh” L.A. Casey

Tytuł: Dominic
Tytuł oryginalny: Dominic
Cykl/seria: Bracia Slater
Autor: L.A. Casey
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 488
Data wydania: 5 października 2017

Bronagh Murphy straciła rodziców w wypadku i jej jedynym opiekunem jest starsza siostra, z którą ma dobry kontakt. Utrata najbliższych sprawia jednak, że dziewczyna staje się odludkiem, ale dobrze czuje się ze świadomością, że jest ignorowana i nie musi z nikim rozmawiać. Wszystko zmienia się w chwili, gdy do jej klasy dołącza Dominic Slater, który od samego początku jest nią zainteresowany. Nie zdaje sobie jednak sprawy, jak wybuchowy charakter ma Bronagh i jakie mogą być skutki ich szybko dojrzewającej, temperamentnej znajomości.

Nie znajdziecie tu skomplikowanej fabuły, wielkich, wszechogarniających miłosnych uniesień, nieśpiesznie posuwającej się do przodu akcji, a także idealnych bohaterów, którzy są ostoją spokoju. Dominic to brudna, przepełniona wulgaryzmami, przemocą, agresją, obsesyjną zazdrością i bohaterami z piekła rodem książka, którą albo pokochacie, albo znienawidzicie. Jeżeli jesteście wrażliwe i szukacie książki, w której nie ma dosadnych scen, a akcja toczy się miarowo, to zdecydowanie powinnyście zrezygnować z serii opisującej życie braci Slater, bo możecie się srogo zawieść. Tu główny bohater jest dominujący i ma obsesję na punkcie Bronagh. Jego zaborczość niejednokrotnie sprawa, że pakuje się w tarapaty i odsuwa od siebie dziewczynę, która mu się podoba. Oboje doprowadzają się do szewskiej pasji, ich relacja jest destrukcyjna, jednak to nie przeszkadza im w prowadzeniu gry, o której regułach sami decydują i często posuwają się do zagrań poniżej pasa. Bronagh ma bardzo wybuchowy charakter i podobnie jak Dominic, nie potrafi utrzymać emocji na wodzy. Działa pod wpływem chwili, a dopiero potem myśli o konsekwencjach. W dodatku jest niestabilna emocjonalnie i na to częściowo mógł mieć wpływ wypadek rodziców, który zaowocował pojawieniem się zachowań kompulsywnych i agresją. Zbyt często bierze wszystko do siebie, co sprawia, że każda drobnostka staje się dla niej okazją do obrażenia się.
Nie mogę ci obiecać, że nie umrę, bo nikt nie wie, kiedy nadejdzie jego czas, ale nie pozwolę ci odejść tylko dlatego, że boisz się śmierci. Śmierć jest częścią życia, skarbie, wszyscy i wszystko kiedyś w końcu umiera. Chcę być przy tobie, dopóki ten moment nie nadejdzie.
Oprócz uczucia, które wybucha między bohaterami, autorka pokazuje więzi rodzinne, które są bardzo ważne dla Dominica i pozostałych członków rodziny, a także wplata w całą historię krwawy sport, jakim są podziemne walki. Całkiem nieźle rysuje obraz Slaterów, którzy mają sporo za uszami, a historia ich rodziny jest naprawdę interesująca i to głównie na niej skupiłam się pod koniec czytania. Śledziłam z zaangażowaniem rozwijający się fragment zakrawający o kryminał i sensację, który utrzymał mnie w stanie lekkiego zaskoczenia i nie pozwolił, abym obok całej historii przeszła obojętnie.

Myślę, że ta książka zyskałaby, gdyby L.A. Casey opanowała się z przekleństwami. Nie mam nic przeciwko wulgaryzmom i niewyszukanemu słownictwu w książkach, jednak mam wrażenie, że autorzy czasami się zapominają i wciskają je wszędzie, gdzie się da, co całkowicie psuje odbiór powieści, a czytelnik niejednokrotnie czuje się przytłoczony ich nadmiarem. Sam język, którym posługuje się autorka, też nie jest przyjemny w odbiorze i choć nie mam nic do zarzucenia historii, to jednak sposób, w jaki jest opisana, pozostawia wiele do życzenia. Nie podoba mi się też to, jak bohaterowie, a głównie Nico, zwracają się do siebie. Nie wymagam tego, by postacie mówiły  rodem z mickiewiczowskich utworów, ale nie wierzę też w to, że gdy się kogoś kocha, to zwraca się do niego suko

Dominic jest dobrą propozycją dla wszystkich fanek niewybrednych romansów i erotyków. Czasami łapię się na tym, że szukam książek, które nie będą typowymi romansami, a jednocześnie będą równie lekkie i nie będą angażować pracy mojego mózgu tak, jak na przykład literatura faktu. Myślę, że tu dobrze sprawdził się pierwszy tom Braci Slater, z którym spędziłam miło czas, mimo że co nieco można mu zarzucić i do paru spraw się przyczepić. Nie zmienia to jednak faktu, że nie czuję, by czas, który przeznaczyłam na czytanie, był czasem straconym.
***

Tytuł: Bronagh
Tytuł oryginalny: Bronagh
Cykl/seria: Bracia Slater (tom 1,5)
Autor: L.A. Casey
Tłumaczenie: Sylwia Chojnacka
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 168
Data wydania: 5 października

Bronagh to krótka, bo licząca około 160 stron nowela, która jest kontynuacją losów Bronagh i Dominica. Cała akcja skupia się na urodzinach głównej bohaterki trzy lata po wydarzeniach z pierwszego tomu i rozgrywa się na przestrzeni jednego dnia. Jedyne czego pragnie dziewczyna, to odrobiny spokoju i świętowania w gronie najbliższych. Nie wszystko jednak potoczy się tak, jak chcieliby tego bohaterowie.

Dla osób, które całym sercem pokochały pierwszy tom, ta nowela będzie idealnym zwieńczeniem historii tych młodych ludzi. Dla mnie nie wydaje się czymś zbędnym, ale nie mogę też powiedzieć, że wniosła coś więcej do mojego życia. Nie znajdziecie tu nagłych zwrotów akcji, ani też wydarzeń, które drastycznie popsują relację między postaciami. Będziecie mieć tylko okazję, by zobaczyć, jak Dominic stara się zadowolić swoją dziewczynę i sprawić, że jej urodziny będą czymś niezapomnianym. W tej części czytelnik może bardziej poznać Bronagh i zrozumieć częściowo jej zachowanie oraz powód, dla którego „czasami” nie panuje nad emocjami. Zaobserwuje też, jak ewoluuje i dojrzewa związek bohaterów. Nie podoba mi się jednak to, że bohaterowie, choć są już starsi i powinni w końcu dorosnąć, czasami zachowują się jeszcze jak dzieci i obrażają się za wszystko. Choć i tak tym dojrzalszym bohaterem okazuje się Dominic.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.

22 listopada 2017

PREMIERA: „Terapia” Kathryn Perez

Tytuł: Terapia
Tytuł oryginalny: Therapy
Cykl/seria: Therapy (tom 1)
Autor: Kathryn Perez
Tłumaczenie: Dorota Lahowicz
Wydawnictwo: NieZwykłe
Liczba stron: 470
Data wydania: 22 listopada 2017

Żyjemy w świecie, w którym większość ludzi jest przekonana o swojej wyższości nad innymi, w świecie, w którym króluje egoizm, a najważniejsze jest patrzenie na czubek własnego nosa. Nie dostrzegamy problemów innych, ale to nie przeszkadza nam w tym, by wydawać osąd i znęcać się psychicznie lub fizycznie. Kim jesteśmy, by poniżać innych? Każdego dnia kroczymy ulicami miast, mijając nieznajome twarze, i nawet nie zdając sobie sprawy, że może któraś z nich ma depresję. Patrzymy z obojętnością na krzywdę ludzką, nieustannie sobie powtarzając, że jesteśmy dobrymi ludźmi.

Wydawnictwo NieZwykłe z wielkim rozmachem wkracza w wydawniczy świat, prezentując czytelnikom książkę, na której polskie wydanie trzeba było czekać zatrważająco długo. Bezpośredni wpływ na powstanie tej książki miały problemy, z jakimi borykała się autorka. To właśnie one zainspirowały ją do napisania Terapii.

Jessica Alexander jest szkolnym kozłem ofiarnym. Wyśmiewanie przez innych, brak akceptacji oraz znęcanie psychiczne i fizyczne to jedne z wielu problemów, z którymi musi się codziennie mierzyć. Jej jedyną ucieczką od problemów jest okaleczanie się, uprawianie przygodnego seksu z mężczyznami, a także pisanie wierszy. Gdy pewnego dnia zostaje brutalnie pobita, nawet nie zdaje sobie sprawy, że ktoś wyciągnie do niej pomocną dłoń. Tą osobą  jest Jace Collins, chłopak jednej z uczennic, które ją prześladują. Przypadkowa pomoc staje się początkiem znajomości, która dla obojga może okazać się zgubna. Czy Jess będzie w stanie poradzić sobie w tej sytuacji? Czy pozwoli zbliżyć się komuś do siebie?
Mówią, że potwory żyją pod naszymi łóżkami. Mylą się, bo naprawdę potwory żyją w naszych umysłach.
Książka została podzielona na 3 części. Pierwsza z nich, zatytułowana Ciemność, opowiada o pobycie Jessiki w liceum oraz wydarzeniach, które rozgrywają się w ostatniej klasie. Kolejna część, czyli 6 lat później, pozwala poznać bohaterów z zupełnie innej perspektywy. Trzecia — Terapia — jest zwieńczeniem całej historii i ostatecznym rozliczeniem się z przeszłością. Najlepszym sposobem, by poznać myśli bohaterów, jest wykorzystanie narracji pierwszoosobowej. Często narrator wszechwiedzący bardziej skupia się na samym rozwoju wydarzeń, niż opisie emocji, które bywają pomijane i traktowane jako coś drugorzędnego, dlatego narracja trzecioosobowa nie wiedzie prymu w historiach nastawionych na emocje. Narratorami Terapii są Jess, Jace oraz w późniejszym czasie — Kingsley. 

Terapia Kathryn Perez to z całą pewnością emocjonująca, wzruszająca i poruszająca książka, od której nie sposób się oderwać. Umiejętnie wgryza się w skórę czytelnika, by szokować, ale i niejednokrotnie wywołać uśmiech na twarzy. Autorka na kartach powieści porusza wiele problemów, z którymi borykają się ludzie na całym świecie. Mowa to o braku akceptacji ze strony innych, szykanowaniu w szkole, obojętności na krzywdę, bagatelizowaniu problemów, ignorowaniu sygnałów, które niewątpliwie wskazują, że dzieje się coś złego. Jednak to nie jedyne aspekty, o których opowiada. Zachowania te skutkują myślami samobójczymi, samookaleczeniem, coraz bardziej pogłębiającą się depresją, a nawet chorobą dwubiegunową i BDP. Perez zręcznie opisuje ułomność społeczeństwa oraz nie boi się go krytykować. Terapia pokazuje, jak obezwładniającą moc ma depresja, która zmiata z powierzchni ziemi najbardziej wytrwałego człowieka i przemienia go we wrak pozbawiony wszelkich chęci do życia. Wszystkiemu towarzyszy apatia i brak jakiejkolwiek pewności siebie. 
Zaakceptowanie brzydkiej części życia jest częścią istnienia. Ból mówi nam, że wciąż tu jesteśmy, daje nam znać, że przetrwaliśmy. Kiedy tak naprawdę o tym pomyślisz, ból może cię wyzwolić, ponieważ bez bólu nie ma w niczym przyjemności.
Książka jest emocjonalną bombą, która wysysa z czytelnika całą energię. Nie pozwala mu odetchnąć choćby na moment, co chwilę zrzucając na jego barki coraz to nowe wydarzenia, które wywołują frustrację, gniew, a także euforię. Perez bawi się czytelnikiem, często mamiąc go i prowadząc w ślepe zaułki. Porusza najczulsze struny naszej duszy i niekiedy wywołuje płacz czy wzruszenie. Każdy kolejny rozdział coraz bardziej go angażuje i nie daje przyzwolenia na oderwanie się od książki. Zaś po przeczytaniu ostatniego zdania nie pozwala mu zapomnieć i zmusza do refleksji nie tylko nad życiem, lecz również nad tym, jakim człowiekiem jest on sam. 

Autorka zdecydowaną linią kreśli charaktery bohaterów, sprawiając, że są bardziej realistyczni i ludzcy. Nie tylko Jessica, ale również Jace czy Kingsley to postacie, z którym niejedna osoba będzie w stanie się utożsamić chociaż częściowo. Każde z nich, posiadając duży bagaż doświadczeń, opowiada swoją historię, dając upust emocjom. Postacie stworzone przez Perez często szokują czytelnika, podejmują niewłaściwe decyzje, ulegają wpływom innych, ale jednocześnie nie szukają usprawiedliwień dla swoich zachowań. Nie oczekują od zaangażowanego odbiory współczucia, lecz zrozumienia. 

Jednak pisarka nie pozostaje obojętna na inne aspekty, bo choć tworzy do bólu prawdziwą opowieść i wprowadza w życie bohaterów wiele zamieszania, to pamięta o wpleceniu miłości w historię. Nawet samo to uczucie, wydaje się destrukcyjne i niszczy bohaterów od środka, sprawiając, że błądzą na oślep i ponoszą porażki na każdej możliwej płaszczyźnie życia. Pokazuje blaski i cienie miłości, ale też pokazuje jej różne oblicza. Wrzuca bohaterów na głęboką wodę, obserwując ich usilne próby wydostania się na powierzchnię. 

Bezapelacyjnie Terapia jest jedną z najlepszych książek wydanych w 2017 roku. Ma wszystko to, co powinna zawierać dobra książka, począwszy od ciekawie zakreślonego tła wydarzeń, poprzez barwnych bohaterów, aż po emocje, jakie wywołuje. Porusza też szereg ważnych problemów i zwraca uwagę czytelnika na wiele aspektów, obok których ludzie przechodzą obojętnie. Angażuje do tego stopnia, że w miarę upływu czasu, czytelnik coraz bardziej przywiązuje się do bohaterów oraz coraz bardziej zaczyna przeżywać wydarzenia, które rozgrywają się na kartach książki. 

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu NieZwykłemu.

20 listopada 2017

„Ladies Man” Katy Evans

Tytuł: Ladies Man
Tytuł oryginalny: Ladies Man
Cykl/seria: Manwhore (tom 3)
Autor: Katy Evans
Tłumaczenie: Monika Wiśniewska
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 376
Data wydania: 5 października 2017

Ladies Man to trzeci tom popularnej w Polsce serii Manwhore. Dwa pierwsze tomy opowiadają o Malcolmie oraz Rachel. Powstała też nowela (określana jako tom 2,5), która jest dopełnieniem historii tej pary. Książki Katy Evans zawsze są dla mnie sporym zaskoczeniem. Nawet, gdy historia w nich zawarta nie jest w stu procentach oryginalna, to i tak zazwyczaj się czuję usatysfakcjonowana tym, o czym mogę przeczytać na kartach książek Evans. A jak było w przypadku tej części?

Tahoe Roth jest najlepszym przyjacielem Malcolma Sainta. Jest seksowny, pewny siebie i niejedna kobieta chciałaby znaleźć się z nim sam na sam. On jednak nie gustuje w związkach, nie jest też fanem trzymania się za rączkę, wręcz przeciwnie — seks jest dla niego jedynie rozrywką i próbą ukrycia swoich uczuć. Gina to przyjaciółka Rachel. Po nieudanych związkach nie ufa facetom i stara się trzymać od nich z daleka. Swoją twarz ukrywa pod grubą warstwą makijażu, nie chcąc, by ktokolwiek zobaczył, jaka jest naprawdę. Przyłapuje się jednak na tym, że myśli o Tahoe, a z tego na pewno nie wyjdzie nic dobrego.

Początkowe rozdziały Ladies Man nie zapowiadają wciągającej i interesującej historii. Przypominają raczej początki książek, w których schemat goni schemat i nie ma w nich miejsca na nic emocjonującego i ciekawego. To był jednak nieumiejętny start lub zaplanowane przez autorkę budowanie napięcia oraz wzbudzenie w czytelniku ciekawości, aby w odpowiednim momencie książka mogła wciągnąć go bez reszty. W każdym razie, fabuła nie jest oryginalna i początkowo nawet nie wiadomo, w jakim kierunku będzie zmierzać. Jednak w miarę czytania i pochłaniania kolejnych stron, zaczęłam z coraz większym zainteresowaniem przyglądać się poczynaniom bohaterów i prawdę mówiąc, nigdy nie pomyślałabym, że Katy Evans zaserwuje czytelnikom coś takiego. Autorka zrezygnowała z pisania typowego erotyku, w którym scen erotycznych jest więcej niż mógłby ktokolwiek pomyśleć, lecz stworzyła historię, w której miłość między bohaterami rodzi się naprawdę powoli i jest jednostronna. Do samego końca nie wiadomo, jak skończy się historia Tahoe i Giny, jednak czytelnik z zaangażowaniem może śledzić kolejne decyzje podejmowane przez postacie.

Katy Evans stworzyła postać młodej kobiety, która zraniona przez poprzedniego partnera, nie potrafi żyć w zgodzie z samą sobą. Na co dzień jednak przybiera maskę, aby inni nie widzieli, jak łatwo ją zranić. Jest oddaną przyjaciółką, która jest gotowa wysłuchać bliskich, gdy ci borykają się z jakimiś problemami. Jednocześnie sama nie jest w stanie otworzyć się przed innymi i wszystko skrywa głęboko w sobie. Ma też problem z pokazywaniem się bez makijażu, bo czuje się wtedy naga i brzydka. Ten kompleks w niej tak mocno zakorzeniony, że nie potrafi już nawet spać bez makijażu, gdy ktoś u niej nocuje. Codziennie rano wstaje wystarczająco wcześnie, by móc nałożyć staranny makijaż, który zakryje jej twarz. Dla niektórych może wydać się to chore, ale naprawdę niewielu ludzi zdaje sobie sprawę, jak destrukcyjne bywa posiadanie kompleksów na jakimkolwiek punkcie — one niszczą od środka i sprawiają, że czujemy się coraz bardziej przytłoczeni, brzydzimy się sobą i boimy się pokazywać innym tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Ale nie tylko Gina w tej historii zakłada maskę — Tahoe również to robi, ale w nieco inny sposób. Jest wyluzowany, wiecznie uśmiechnięty, ale czy tak siak ukrywa prawdziwego siebie. I można to poczuć od pierwszych stron, bo choć zgrywa szczęśliwego, to jednak podchodzi do wszystkiego z widocznym dystansem. Nie ma więc mowy o złej kreacji bohaterów — wręcz przeciwnie — Katy Evans wykreowała ich z największą starannością, nie bała się ukazać ich słabości, ale pokazała również ich zalety. 

Jeżeli szukacie książki, w której erotyzm wylewa się ze wszystkich stron, to niestety, ale Ladies Man was rozczaruje. Nie ma tu dosadnych i mocnych scen erotycznych, a bohaterowie nie rzucają się na siebie już od pierwszych stron. Katy Evans umiejętnie buduje napięcie między Giną a Tahoe, ale tworzy też między nimi swego rodzaju dystans, mur, nie pozwalając, aby pożądanie wybuchło i zepsuło to, nad czym pracowali bardzo długo. Pisarka zadbała również o to, by nie zabrakło chemii, a w niektórych momentach nieco zagęściła atmosferę, aby czytelnik poczuł się nieco skonfundowany, ale jednocześnie zaintrygowany nadchodzącymi wydarzeniami. Nie znajdziecie tu miłości od pierwszego wejrzenia, lecz stopniowo dojrzewające uczucie, które niejednokrotnie stawia bohaterów w niezręcznych sytuacjach.

Ladies Man określiłabym mianem delikatniejszej i o wiele subtelniejszej wersji Manwhore, w której mamy do czynienia z dobrze wykreowanymi postaciami, które nie rzucają się na siebie już w pierwszym rozdziale. To dobra książka na wieczór, której czytanie będzie idealną formą relaksu po wykańczającym dniu. Jeżeli chcecie poznać historię, w której nie wszystko jest piękne i różowe, a bohaterowie nie patrzą na świat przez różowe okulary, to powinniście sięgnąć po książkę Katy Evans.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.

13 listopada 2017

„Gwiazdor” Laurelin Paige, Sierra Simone

Tytuł: Gwiazdor
Tytuł oryginalny: Pornstar 
Cykl/seria: -
Autor: Laurelin Paige, Sierra Simone
Tłumaczenie: Ryszard Oślizło
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 472
Data wydania: listopad 2017

Laurelin Paige zdobyła w Polsce popularność dzięki serii Uwikłani, a wkrótce po premierze książek z tego cyklu ukazała się dylogia First and last, która podbiła serca czytelniczek i okazała się jeszcze większym sukcesem niż jej polski debiut. Paige słynie z pisania gorących i pikantnych erotyków, dlatego nic dziwnego, że wydawnictwo Kobiece postanowiło wydać jej kolejną książkę, która powstała tym razem we współpracy z inną poczytną pisarką — Sierrą Simone. Takim sposobem pod koniec listopada światło dzienne ujrzał owoc tej kolaboracji, czyli Gwiazdor.

Logan O'Toole jest gwiazdą w branży pornograficznej. Devi dopiero stawia w niej małe kroki, jednak ma za sobą kilka filmów. Los już raz skrzyżował ich drogi, jednak po kilku latach robi to ponownie — Logan i Devi mają wziąć udział we wspólnym projekcie. Mężczyzna jest nie tylko aktorem, ale i reżyserem, więc tym bardziej podchodzi z entuzjazmem do tego pomysłu, natomiast młoda kobieta pragnie spróbować czegoś nowego, więc doskonałym rozwiązaniem wydaje się jej zagranie u boku O'Toole'a. Czy współpraca przebiegnie pomyślnie? Czy jednak coś pokrzyżuje plany, a udawanie przed kamerami stanie się czymś rzeczywistym? Czy bohaterowie zdołają zagrać w filmie, nie angażując się w niego emocjonalnie?

W Kilku słowach o tej książce autorki wspominają m.in. o tym, jak bardzo kultura przemocy jest zakorzeniona w tej branży. Piszą też o tym, że nie chodziło im o to, by pokazać wyłącznie ociekającą lukrem historię, w której wszystko toczy się swoim biegiem i nie ma miejsca na niefortunne wypadki czy niebezpieczne sytuacje. Wręcz przeciwnie. Autorki opisują wprost, że pragnęły przedstawić dwie strony medalu, a co za tym idzie — pokazać również ciemne strony pornobiznesu. Problem jednak polega na tym, że ani Paige, ani Simone, nie są konsekwentne w tym, co piszą. Owszem, Gwiazdor nie pokazuje przesłodzonej historii, ale też nie przedstawia w znaczący sposób problemów, o których wspominają kobiety. Nie poświęcają wystarczająco dużo uwagi sprawom, które, jak się okazuje, powinny mieć o wiele większy wydźwięk w tej historii. Mowa tu o przemocy, mizoginii i rasizmie. 

Nie mam pojęcia, jak wygląda pisanie książki przez dwie lub więcej osób, ale Gwiazdor jest napisany przyjemnym w odbiorze językiem, który nie razi czytelnika, lecz wywołuje u niego delikatne rumieńce. W książce natrafimy na narrację pierwszoosobową, dzięki której możemy poznać myśli bohaterów — Logana i Devi. Oboje snują rozważania na temat tego, czym jest miłość, jak powinien wyglądać związek, gdy oboje pracują w takiej branży, ale nie brakuje też przemyśleń dotyczących samego życia i planów na przyszłość. Samo uczucie między nimi rodzi się w zaskakujący sposób. Czytelnik sam uświadamia sobie od jakiego momentu bohaterowie mają się ku sobie.

Ta książka, jak na erotyk przystało, jest przepełniona namiętnymi, ostrymi i dosadnymi scenami erotycznymi. I wszystko byłoby w porządku, gdyby był zachowany balans między nimi, a wydarzeniami popychającymi akcję do przodu. Mam tu na myśli to, że Gwiazdor w siedemdziesięciu pięciu procentach to sceny łóżkowe, ba, już nawet nie łóżkowe, bo bohaterowie robią to dosłownie wszędzie. Choć Gwiazdor to erotyk i gatunek ten rządzi się swoimi prawami, to, zadajmy sobie pytanie — czy na każdej stronie musi pojawiać się opis stosunku? Nawet najbardziej elektryzujący erotyk potrzebuje dopracowanej fabuły, bo nadmiar scen erotycznych nie zrekompensuje mu zawodu, z jakim może się spotkać. Sceny są tu co prawda zróżnicowane, ale ja, szczerze mówiąc, po kilkudziesięciu stronach byłam już nimi zirytowana, z tego względu, że było ich tu po prostu za dużo. Brakowało mi wydarzeń, które pokazywałyby bohaterów z innej perspektywy — i to głównie Logana, którego praktycznie nie poznajemy. O wiele lepiej ma się sprawa z kreacją Devi, którą czytelnik ma możliwość poznać w większym stopniu. Warto dodać, że nie jest kolejną bezmyślną i głupią postacią, która nie ma nic do powiedzenia i w pełni podporządkowuje się mężczyźnie. Ma marzenia, plany, jest zdeterminowana i chce robić w życiu coś więcej niż tylko grać w filmach dla dorosłych. W odpowiednim momencie potrafi powiedzieć nie, choć wie, jakie będą tego konsekwencje. Jest młodą, silną kobietą, która mimo profesji, jaką się zajmuje, pragnie odrobiny szczęścia u boku mężczyzny, który będzie tylko jej.

W przypadku Gwiazdora jestem bardziej na „nie” niż na „tak”, jednak nie mogę powiedzieć, że ta książka jest do bólu zła, bo to nieprawda. Określiłabym ją mianem powieści z niewykorzystanym potencjałem, gdzie dobre pomysły zostały przyćmione kolejnymi scenami erotycznymi. Bo faktycznie — zbudowanie historii w branży pornograficznej jest pomysłem i świeżym, i oryginalnym, jednak autorkom nie udało się całkowicie podołać temu pisarskiemu wyzwaniu. Czuję się nieco rozczarowana, zwłaszcza że dylogia First and last Laurelin Paige podbiła moje serce i byłam nią naprawdę usatysfakcjonowana, dlatego tym bardziej zastanawiam się, co poszło nie tak. 

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Kobiecemu.

10 listopada 2017

„Mirror, Mirror” Cara Delevingne, Rowan Coleman

Tytuł: Mirror, Mirror
Tytuł oryginalny: Mirror, Mirror
Seria/cykl: -
Autor: Cara Delevingne, Rowan Coleman
Tłumaczenie: Zuzanna Byczek
Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 384
Data wydania: 11 października 2017

Cara Delevingne jest brytyjską modelką, aktorką (Suicide Squad, Papierowe miasta), początkującą piosenkarką, a teraz swoich sił próbuje w pisarstwie. Mirror, Mirror to jej literacki debiut, który postanowiła napisać wraz z autorką, której książki pną się po kolejnych listach bestsellerów. W Polsce zostały wydane dwie książki Rowan Coleman: Słowa pamięci oraz Szczęśliwy dom złamanych serc

Mirror, Mirror to książka o nastolatkach, którzy próbują odnaleźć się w otaczającym ich świecie. Borykają się z problemami, jakie zazwyczaj mają młodzi ludzie, a jednym z nich staje się poradzenie z trudną wiadomością, która spada na nich w jednej chwili. Red, Naomi, Leo oraz Rose są czwórką znajomych, których zbliża muzyka. Dzięki zespołowi mają okazję, by pokazać, kim są i co czują. Nie mogą jednak długo nacieszyć się swoją pasją, ponieważ Naomi pewnego dnia znika. Wkrótce dziewczyna zostaje wyciągnięta z rzeki. Żyje, ale nie wiadomo jak długo jeszcze. Każdy z bohaterów inaczej reaguje na wiadomość o stanie przyjaciółki. Co jednak wydarzyło się tak naprawdę? Czy wypadek Naomi był faktycznie tylko próbą samobójczą, czy jednak miało to związek z jakimś konkretnym wydarzeniem lub osobą? 

Narratorem powieści jest jeden z bohaterów — Red. To właśnie ta postać wprowadza czytelnika w całą historię, opowiada mu o tym, co spotkało jej rówieśniczkę, a jednocześnie przybliża nam sylwetki pozostałych postaci. Bohaterowie są postaciami na tyle autentycznymi, że czytelnikowi nietrudno jest się z nimi utożsamiać w pewnych momentach. Ich decyzje bywają czasami niezrozumiałe, a zachowanie mocno irytujące, jednak nie przeszkadza to w zaangażowaniu się i śledzeniu kolejnych wydarzeń. Akcja toczy się spokojnym tempem, aby w pewnym momencie przyśpieszyć i zafundować czytelnikowi kilka zaskakujących zwrotów. 

Książka jest reklamowana jako thriller, ale to nieco przekłamane stwierdzenie — Mirror, Mirror jest po prostu umiejętnie skonstruowaną książką młodzieżową z elementami kryminału oraz thrillera. Choć niektóre wydarzenia wydają się trochę naciągane, to nie zaburzają w znaczący sposób odbioru książki. Początkowo można było odnieść wrażenie, że to wątek Naomi będzie główną osią historii, jednak potem na pierwszy plan wysuwa się postać Red i problemy związane z rodziną. 

Cara Delevingne i Rowan Coleman nie tylko przedstawiają historię młodych ludzi, których pasją jest muzyka, ale też zwracają uwagę na szereg problemów, z którymi obcują na co dzień. Na kartach powieści pojawia się wątek odizolowania, akceptacji, zaufania, jak również niezrozumienia ze strony dorosłych. Autorki przybliżają rolę mediów społecznościowych i ich wpływ na ludzi (nie tylko nastolatków). Sama Delevingne we wstępie pisze tak: Teraz, kiedy media społecznościowe odgrywają tak wielką rolę w naszym codziennym życiu, młodość jest jeszcze trudniejsza niż dawniej, szczególnie z powodu stale narastającej presji, by być idealnym. W tym świecie ludzie szybko wydają sądy na temat innych, nie poświęcając zbyt wiele czasu, by w pełni zrozumieć daną osobę czy zastanowić się, co tak naprawdę dzieje się w jej życiu. I tu muszę przyznać autorce rację — żyjemy w czasach, gdzie powierzchowne ocenianie innych jest na porządku dziennym i mało kogo obchodzi, jakimi ludźmi jesteśmy naprawdę. Przybieramy maski, ukrywając prawdziwe ja, bojąc się tego, że ktoś nas wyśmieje. Zwracają też uwagę na problem, jakim jest nękanie w sieci, a o tym, wydaje mi się, że nie mówi się zbyt często. Ludzie nie dostrzegają zagrożenia, jakim jest gnębienie w Internecie. Większość bagatelizuje problem i obraca wszystko w żart, nie zdając sobie sprawy, jak tragicznie skutki może przynieść takie zachowanie. Mimo poruszenia licznych problemów mam wrażenie, że kilka z nich zostało potraktowanych po macoszemu, a autorki nie poświeciły im wystarczająco dużo uwagi. 

Mirror, Mirror to dobry debiut Cary Delevingne, która wraz z Rowan Coleman stworzyła spójną historię o nastolatkach, z którymi może utożsamiać się wiele osób. Autorki nie spoczęły na laurach i nie zaprezentowały światu typowo sztampowej, pozbawionej emocji i przepełnionej schematami opowieści, których jest na pęczki w literackim świecie, lecz stworzyły książkę, która obnaża problemy nastolatków i stawia ich w centrum. 

*** 
Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Jaguar.

8 listopada 2017

„Pod skórą” Agata Czykierda-Grabowska

Tytuł: Pod skórą
Tytuł oryginalny: Pod skórą
Cykl/seria: -
Autor: Agata Czykierda-Grabowska
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: BM Design
Liczba stron: 382
Data premiery: 13 września 2017

Oskar, Ada i Adrian to przyjaciele z lat młodości. Kiedyś nierozłączni, dziś udają, że dla siebie nie istnieją, a przyjaźń między nimi nigdy nie miała miejsca. Oskar po tragicznych wydarzeniach, które spotkały jego siostrę i licznych niedomówieniach, całkowicie odsunął się od rodzeństwa, z którym utrzymywał bliskie kontakty, a tuż po zakończeniu szkoły postanowił wyjechać za granicę. Wkrótce wraca, by pomóc matce wyremontować dom i spędzić z nią jak najwięcej czasu. Czy powrót okaże się słuszną decyzją, zwłaszcza że wiąże się z ponownym spotkaniem Ady, do której od zawsze żywił głębsze uczucie? Czy ponowne pojawienie się Ady w jego życiu pozwoli uporządkować wszystkie sprawy i uda mu się w końcu rozwikłać zagadkę z przeszłości, która tak bardzo ich poróżniła?
– Nie chcę cię znowu stracić – szepnął.
– Nigdy mnie nie straciłeś – odpowiedziała prawie bezgłośnie. – Po prostu już mnie nie chciałeś…
Początkowo sięgając po książkę Czykierdy-Grabowskiej, nie bardzo wiedziałam, wokół czego konkretnie oscyluje tematyka książki. Co prawda śledziłam fanpage autorki, ale do pełnego opisu książki nie dotarłam, choć udało mi się zapoznać z początkiem historii. Nie miałam jednak żadnych obaw, bo, jak już wcześniej wspomniałam, miałam styczność z jej twórczością i wiedziałam na co mniej więcej mogę liczyć. Fabuła skonstruowana jest w sposób bardzo prosty, choć nie brakuje pewnych zwrotów akcji, które mogą wprowadzić czytelnika w spore zaskoczenie. Historia sama w sobie nie jest zbyt odkrywcza i nie będę udawać, że jest inaczej, bo minęłabym się z prawdą. Sam sposób opowiedzenia losów bohaterów, wplecione wątki, pobudzanie emocji czytelnika i igranie z nim, a także postacie oraz relacje, jakie ich łączą, to elementy, które są tu bez wątpienia warte uwagi.
Mówi się, że śmierć to koniec. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to dlaczego wraz z nią nie znika też miłość? Dlaczego, gdy ktoś umiera, nie możemy wyrzucić go z serca? I dlaczego śmierć nie zabiera ze sobą bólu i rozpaczy?
Historia stworzona przez Agatę Czykierdę-Grabowską to opowieść, którą pisze życie. Charakterystyczną cechą twórczości tej pisarki jest to, że nie stara się, by akcja w jej książkach była umiejscowiona w jakimś abstrakcyjnym miejscu. Opisuje polskie realia i rzeczywistość, zgrabnie wplatając w nie opowieść młodych ludzi, którzy borykają się z różnymi problemami. Dodatkowo dostarcza czytelnikowi całą gamę emocji i wywołuje w nim uczucia, od których trudno uciec.

Książka pokazuje, jak ważna jest rozmowa i komunikowanie się z drugim człowiekiem. Brak porozumienia między ludźmi może prowadzić do wielu nieprzyjemnych sytuacji, m.in. do zerwania kontaktu z drugą osobą. Jedno potknięcie, które może narobić więcej szkód niż pożytku, doprowadza bohaterów do wyciągnięcia błędnych wniosków. Można by pomyśleć, że wykreowane postacie wiodą dostatnie i szczęśliwe życie, ale tak naprawdę są młodymi, zagubionymi ludźmi, którzy szukają swojego przepisu na szczęście. Tym razem na próżno możecie szukać męskiego bohatera, który świeciłby przykładem. Autorka postanowiła odejść od kreacji, którą zazwyczaj stosowała w swoich książkach i tym razem zamiast grzecznego i ułożonego chłopca, mamy młodego mężczyznę, w którego głowie rodzą się niecne plany, a rozsądne myślenie początkowo przysłania mu chęć zemsty i odegrania się na innych. Tworzy kogoś na podobieństwo bad boya, choć nie do końca posunęłabym się o stwierdzenie, że Oskar faktycznie jest tym złym chłopcem, za którym uganiają się tabuny kobiet. Pozytywnym zaskoczeniem jest też pojawienie się postaci drugoplanowych, jak np. brata Adrianny lub matki Oskara, którzy mają duże znaczenie dla rozwoju akcji.

W książce nie obyło się bez scen erotycznych, które są po prostu dopełnieniem całej historii. Nie są wulgarne, lecz subtelne, a autorka trafiła nimi w punkt — są świetną odskocznią. Tym razem nie dostaniecie lukrowej historii miłosnej, od której Was zemdli. Autorka trzymała asa w rękawie i w końcu postanowiła go wykorzystać. Wprowadza nieco sensacji, aby zwieść czytelnika, który może poczuć się zdezorientowany nagłym zwrotem akcji. Są intrygi, dramaty, jak również sytuacje, które wywołują uśmiech.
(...) nad uczuciami nie można zapanować. Nie można ich kontrolować. Nie da się ich wzbudzić na zawołanie, tak jak nie można ich uciszyć na życzenie. Czasami podkradają się do ciebie znienacka, a innym razem są z tobą od zawsze. Jego uczucia były w nim od zawsze. Od momentu, w którym ją zobaczył.
Widać, że styl autorki nieustannie ewoluuje. Pod skórą jest zdecydowanie najbardziej dopracowaną ze wszystkich w jej dorobku. To, co powtarzam chyba niemal przy każdej recenzji, to fakt, że ma niezwykły dar do opisywania emocji. Jej historie są zawsze przepełnione najróżniejszymi uczuciami, które wsiąkają w czytelnika i na długo nie pozwalają mu zapomnieć o lekturze, porywają go od pierwszych stron i wywołują w nim poczucie spełnienia. Nie brakuje też negatywnych emocji, takich jak zniecierpliwienie, złość lub frustracja wywołanych zachowaniem bohaterów, lub tokiem akcji, który lubi płatać figle. Agata Czykierda-Grabowska czaruje słowem, choć język, którym się posługuje, nie należy do najbardziej poetyckich, z jakim miałam do czynienia. Tworzy jednak historię, od której nie sposób się oderwać. Czytelnik z wielkim zaangażowaniem śledzi poczynania bohaterów, obserwuje ich zachowanie, analizuje oraz próbuje wniknąć w ich umysł i serca, by lepiej zrozumieć, jakimi uczuciami się kierują.

Pod skórą jest kolejną książką pisarki, z którą przyjemnie spędziłam czas. Nie można odmówić Agacie Czykierdzie-Grabowskiej umiejętności opisywania emocji, bo właśnie one grają tu pierwsze skrzypce. Stara się sięgać po nowe rozwiązania i w inny sposób opisywać wątki, które pozornie mogą wydawać się schematycznie. Ta książka jest przykładem tego, że autorka nie spoczywa na laurach i ciągle dba o to, by czytelnik chłonął lekturę z pasją i zaangażowaniem. Jednocześnie pokazuje, że trudno jest zaufać komuś, kto raz nas zawiódł. Z pasją opisuje rodzące się uczucie między bohaterami, ale nie zapomina także o pozostałych bohaterach, którzy również mają coś do powiedzenia na kartach tej opowieści.

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję autorce.

5 listopada 2017

„Córka pedofila” Ewa Pirce

Tytuł: Córka pedofila
Tytuł oryginalny: Córka pedofila
Cykl/seria: -
Autor: Ewa Pirce
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Wieża Czarnoksiężnika 
Liczba stron: 300
Data wydania: 28 października 2017

Pedofilia to temat, obok którego trudno jest przejść obojętnie. Z drugiej strony jednak pozostaje tematem tabu, o którym ludzie boją się rozmawiać. Milczenie powoduje, że problemy są bagatelizowane, a osoby, które jej doświadczają, są skazane same na siebie i niestety, ale również na swojego oprawcę. Pozornie można twierdzić, że głównym tematem tej opowieści jest pedofilia, bo na to wskazuje nawet sam tytuł, jednak jak się okazuje — wcale tak nie jest, a książka stawia w centrum zupełnie inny aspekt.

Nie da się jednoznacznie stwierdzić, do jakiego gatunku literackiego należy Córka pedofila. Z jednej strony jest to książka dla młodzieży, która w pełni wpasowuje się w popularny od jakiegoś czasu nurt, jakim jest New Adult, z drugiej strony tematyka książki oraz wątki, które zawiera, mogą być zbyt ciężkie dla młodej osoby i preferowaną grupą odbiorców są raczej osoby starsze.

Alexia to nastolatka, której nie oszczędzało życie. Sytuacja w domu rodzinnym powoduje, że jest zdana wyłącznie na siebie, przez co całkowicie zamyka się w sobie. Mimo trudnej sytuacji, w jakiej się znajduje, nie mówi głośno o tym, jak się czuje. Unika kontaktu z ludźmi i trzyma głęboko w sobie wszelkie uczucia. Obarcza wszystkich winą o to, co ją spotkało i czego doświadcza na każdym kroku. Gdy na swojej drodze spotyka dwie osoby, które zaczynają się nią interesować, nie wierzy, że robią to bezinteresownie i zależy im na jej szczęściu.

Córka pedofila to debiut Ewy Pirce. Autorka niemal natychmiast rzuca czytelnika na głęboką wodę i nawet nie próbuje mydlić czytelnikowi oczu wyidealizowanymi bohaterami czy przewidywalną do bólu historią. Choć książka w głównej mierze opiera się na wątku miłosnym oraz dojrzewaniu do niego, to jednak porusza także inne, równie ważne, kwestie. Pojawia się tytułowa pedofilia, której ofiarą pada nastolatka, alkoholizm, przemoc fizyczna, jak również psychiczna, odrzucenie nie tylko przez społeczeństwo, z powodu nawarstwiających się problemów w życiu młodej dziewczyny, ale również odrzucenie przez rodzica. Pirce w swojej książce stara się uświadomić społeczeństwo i zwrócić uwagę na problem, którym jest ludzka obojętność, która jest o wiele bardziej krzywdząca, niż mogłoby się wydawać. Niedostrzeganie problemów to jedno, ale przyzwalanie na jakiekolwiek znęcanie i przechodzenie obojętnie obok takich sytuacji jest poważnym zaniedbaniem. Brak akceptacji ze strony rówieśników powoduje u bohaterki odizolowanie się od środowiska, w jakim przebywa na co dzień. Ta książka to próba wykrzyczenia światu bólu, jakiego doświadcza. To niemy krzyk o pomoc dziewczyny, z którą mogą się utożsamiać młode osoby, znajdujące się w podobnej sytuacji.

Cierpienie, jakim byłam napiętnowana, wymagało odwagi, bym mogła przejść przez życie, by budzić się i w nie brnąć, mimo niepowodzeń. Ale ja nie byłam odważna, nie byłam silna i nie umiałam walczyć. Prawda jest taka, że byłam tchórzem.

Autorka stopniowo wprowadza czytelnika w historię Lexi oraz pozostałych bohaterów. Z niezwykłą starannością stara się oddać klimat miejsc, w których przebywają postacie, nie szczędząc opisów pomieszczeń i otoczenia. W książce na próżno można szukać kwiecistego i barwnego języka, jakim posługiwał się wieszcz narodowy. Jednocześnie autorka nie zagłębia się w szczegóły, nie nuży czytelnika zbędnymi opisami i zapychaczami, o które nie trudno w powieści, która porusza tak wiele wątków, jak również nie stara się na siłę nadać niepotrzebnego patosu. Elementem, który działa na korzyść Córki pedofila są naturalne dialogi — bohaterowie nie posługują się językiem, jaki można usłyszeć, przebywając wśród arystokracji, lecz takim, który jest charakterystyczny dla otoczenia, w jakim się wychowali. Dlatego też nie znajdziecie tu poetyckich zwrotów, lecz dużo wulgaryzmów, którymi prawdę powiedziawszy, byłam w pewnym momencie przytłoczona. Całkowicie zrozumiałe jest tu użycie przekleństw, ale ich nadmiar spowodował u mnie zniesmaczenie po jakimś czasie.

Lexi jest postacią dopracowaną niemal do perfekcji. Jej zachowanie nie wydaje się naciągane, lecz bardzo rzeczywiste, co ułatwia czytelnikowi nie tyle utożsamienie się z nią, jak zrozumienie tego, co właściwie czuje i czego doświadcza na każdym kroku. Do pozostałych bohaterów też nie można się przyczepić — są wykreowani w sposób bardzo naturalny. Ich charaktery nie są przerysowane, są tacy, jacy powinni być nastolatkowie. To osoby, które popełniają błędy, starają się czerpać z życie tyle, ile mogą, a przede wszystkim domagają się uwagi od bliskich. Często też spotykają się z rozczarowaniami, są zawiedzenie decyzjami innych, jak również przeżywają swoje pierwsze miłosne uniesienia. Wątek miłosny, który wplotła Pirce do książki, nadał powieści świeżości, a uczucie, które pojawiło się między bohaterami, dało im motywację do działania. Relacje między Lexi a Jamesem lub też Lexi a Henrym są w pełni naturalne i niewymuszone w żaden sposób. Te dwie więzi rozwijają się we własnym tempie. 
Co pozostało osobie, która nie posiada nawet własnej duszy?
Wiele dobrego mogę powiedzieć o tej książce, ale na pewno nie to, że jej mocną stroną jest oprawa graficzna, bo niestety, ale tak nie jest. Zawsze dużą uwagę przywiązuje do sposobu, w jaki jest przygotowana książka od strony graficznej, dlatego w tym przypadku nie było inaczej. I o ile podoba mi się postać dziewczyny, której zdjęcie zostało wykorzystane w projekcie, o tyle fonty to już inna bajka. Zabrakło mi pomysłu na przedstawienie historii Lexi na okładce. A ta historia aż się prosi o porządną okładkę!

Mieszane uczucia mam również co do wszelkich dramatów ukazanych na kartach powieści. Po przeczytaniu (a pochłonęłam książkę w zaledwie kilka godzin) doszłam do wniosku, że za dużo było tego bólu wylewającego się ze wszystkich stron. Praktycznie każda osoba doświadczyła tu czegoś złego, czegoś, co miało wpływ na jej dalsze życie lub postępowanie. Jednocześnie nie uważam takiego nagromadzenia zmartwień za coś złego. Być może moje uczucia są spowodowane tym, że przeczytałam książkę w tak krótkim czasie i nie dałam sobie chwili wytchnienia, by móc oswoić się z wszelkimi wydarzeniami. 
Zawsze, wpatrując się w nie, miałam wrażenie, że Bóg szydzi ze mnie, pozwalając mi dostrzegać tam radość, której nie widzi nikt inny. Daje mi do zrozumienia, że ja nigdy nie osiągnę takiego stanu spokoju, ciszy i beztroski — z tym właśnie kojarzyło mi się niebo. 
Jeżeli miałabym krótko podsumować moje spotkanie z Córką pedofila, to muszę przyznać, że było bardzo satysfakcjonujące. Cieszę się, że takie książki powstają i mam też cichą nadzieję, że Ewa Pirce nie spocznie na laurach i stworzy kolejną emocjonującą historię, od której trudno będzie się oderwać. Autorka zwraca uwagę na problemy, które dotyczą całego społeczeństwa, a nie tylko poszczególnych jednostek, wplata w swoją historię dużo przemyśleń, a przede wszystkim nie szczędzi emocji. To debiut, na który warto zwrócić uwagę i dać mu szansę. Polecam!

***

Za egzemplarz i możliwość przeczytania dziękuję autorce.

1 października 2017

ZAPOWIEDŹ: „Z popiołów” Martyna Senator

Tytuł: Z popiołów
Tytuł oryginalny: Z popiołów
Cykl/seria: ? (tom 1)
Autor: Martyna Senator
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: -

Kiedyś wyobrażałam sobie, że moje życie jest pięciolinią, na której każda chwila zostaje zapisana w postaci odpowiednio dobranych nut. A ja niczym wybitny kompozytor codziennie dopisuję dalszą część bezkresnego utworu. Jedne dźwięki są skoczne i wesołe, inne żałosne i pełne melancholii. Wszystkie razem tworzą niepowtarzalną melodię, którą nuci moje serce. 

Jednak kilka dni temu wszystko umilkło, a całość zaczęła przypominać urwany hejnał. Wydarzenia z przeszłości zmieniły Sarę nie do poznania, odcisnęły piętno na jej poczuciu własnej wartości i zaufaniu do ludzi. Jest teraz pewna, że miłość sprowadza się jedynie do cierpienia. Przynosi ból, łzy i rozczarowanie. Przekonał się o tym także Michał, którego wykorzystała była dziewczyna. 

Przypadkowe spotkanie dwóch poranionych dusz uruchamia ciąg niespodziewanych zdarzeń i pozwala im poznać życie na nowo. Budowany od lat mur, którym otaczała się Sara, zaczyna pękać za sprawą opiekuńczego Michała. ​

PREMIERA: 8 listopada 2017 

Z popiołów | Z otchłani | Z nicości

***
Myślę, że to będzie kawał dobrego New Adult. Okaże się jednak bliżej listopada, czy moje spostrzeżenia są słuszne. Czekacie?

***
Informacje i okładka: Czwarta Strona.

29 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: „Consolation” Corinne Michaels

Tytuł: Consolation
Tytuł oryginalny: Consolation
Cykl/seria: Consolation Duet (tom 1)
Autor: Corinne Michaels
Tłumaczenie: Kinga Markiewicz
Wydawnictwo: Szósty Zmysł
Liczba stron: 400
Data wydania: 11 października 2017

Polski wydawca postanowił zmienić kolejność wydawanych tomów, jednak nie wiadomo do końca, czym tak właściwie jest to spowodowane. Nie przywiązywałam do tego zbyt dużej uwagi, najważniejsze było dla mnie to, by historia miała swój początek i koniec. Najwyraźniej Szósty Zmysł miał w tym swój cel, który chciał osiągnąć, a ja będę mogła ocenić tę decyzję po zapoznaniu się z całą serią. Consolation jest więc pierwszym tomem cyklu (a właściwie dylogii, bo nazwa też została zmieniona) Consolation Duet. Premiera drugiego tomu została zaplanowana na 5 grudnia.

Natalie to młoda kobieta, która w jednej chwili traci grunt pod nogami. Śmierć męża sprawia, że jej serce pęka na milion drobnych kawałków. Aaron, jej mąż, prosi ją jednak, by była szczęśliwa i żyła normalnie, natomiast od swojego przyjaciela Liama oczekuje, iż ten w razie czego zaopiekuje się kobietą i będzie dla niej wsparciem. Tylko czy zbliżenie tej dwójki wyjdzie wszystkim na dobre? Czy Natalie postąpi zgodnie z prośbą męża i uda jej się odzyskać spokój i równowagę w życiu?
Liam Dempsey będzie moją zgubą.
W Consolation na próżno można szukać wyidealizowanych bohaterów. Gdyby oni istnieli, nie musieliby borykać się z problemami, które głęboko ich ranią. Gdyby Liam i Natalie byli idealni, na pewno na swojej drodze nie napotkaliby tylu przeszkód. Ich życie byłoby ciągłą sielanką, a niedomówienia i przeszłość mogliby zostawić daleko w tyle, nie patrząc na konsekwencje swoich czynów. Corinne Michaels stworzyła doskonałe pod względem psychologicznym postacie, przez co czytelnik niejednokrotnie odnosi wrażenie, że ci bohaterowie są żywcem wyjęci z otaczającego nas świata. Są autentyczne, więc tym bardziej nam bliższe. W pewien sposób możemy utożsamiać się z bohaterami, którzy mają wzloty i upadki, a ich życie nie zawsze jest takie, jakie sobie wymarzyli. Oboje borykają się  z problemami i niejednokrotnie czują się przytłoczeni codziennymi sprawami, które, wydawać by się mogło, są banalne. Codzienność po stracie ukochanej osoby bywa trudna, tak samo, jak trudne jest zaakceptowanie faktu, że nikt nie zwróci tej osobie życia, a my musimy funkcjonować dalej. Natalie to kobieta z krwi i kości, nie tylko silna, ale także wrażliwa. Liam jest za to bohaterem, który rozweseliłby niejedną marudę. Pomijając kwestię jego wyglądu (a po opisie jestem skłonna stwierdzić, że byłoby na czym zawiesić oko), jest to postać troskliwa i opiekuńcza, która jest gotowa oddać życie za drugą osobę.
Nigdy nie będę taka sama. Kobieta, którą byłam wcześniej, umarła w chwili, w której rozległo się pukanie do drzwi. Jestem cieniem osoby, którą kiedyś byłam. Kobieta, która była kochająca, szczera i pełna nadziei, zniknęła. Nadzieja to wredna suka, która ma w dupie to czego chcesz. A zatem jedyną rzeczą, na której mogę polegać, jest wiara. Wiara w to, że uda mi się przez to przejść i uleczyć złamane serce. 
Historia Natalie i Liama pokazuje, że miłość nie pojawia się nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki. To uczucie, które nieśmiało puka do naszych serc i czeka na przyzwolenie. Czasami nasze życie jest pełne nierozwiązanych spraw, pełne chaosu, którego sami nie potrafimy uporządkować, jednak gdy pojawia się ta właściwa osoba, wszystko staje się łatwiejsze i układa w spójną całość. Pokazuje też, że w trudnych sytuacjach możemy liczyć na bliskie osoby, które nas nie osądzają, a po prostu przy nas trwają.

Najbardziej jednak szokujące wydaje się zakończenie tego tomu. Przyznam szczerze, że gdy sięgałam po tę książkę, nie rozmyślałam na tym, w jaki sposób może zakończyć się ta historia. Po dotarciu na ostatnią stronę dosłownie mnie zamurowało. Siedziałam zaskoczona i oszołomiona, a w uszach poczułam nieprzyjemny szum, który pojawiał się za każdym razem, gdy moje ciśnienie niebezpiecznie wzrastało. Od razu wiedziałam, że długo nie wytrzymam, a oczekiwanie na kolejny tom będzie prawdziwą udręką.
Gwiazdy i księżyc przypominają mi, że życie jest krótkie i muszę żyć każdym dniem. Moja praca wymaga ode mnie, abym szanował śmierć. 
Każdy z nas inaczej radzi sobie z żałobą. Natalie wspomina męża, przypomina sobie ich wspólne chwile, tęskni za jego bliskością i dotykiem, jednak tak samo mocno ciągnie ją do Liama — wie, że może na niego liczyć. Wydaje mi się jednak, że sprawy między Natalie a Liamem zbyt szybko się potoczyły. Poniekąd rozumiem zachowanie bohaterki, która wręcz złakniona bliskości szukała pocieszenia w ramionach przyjaciela. Pewnie sama się nie spodziewała, jak daleko to zajdzie, jednak tak jak już mówiłam, ich przyjaźń zbyt szybko przemieniła się w coś głębszego. Książka liczy trochę ponad 250 stron, co czyni ją bardzo krótką. Spodziewałam się więc, że niektóre wydarzenia zostaną pominięte, o wielu autorka tylko wspomni i nie poświęci im zbyt dużo uwagi, a akcja będzie znacznie przyśpieszona. Naprawdę zabrakło mi kilkudziesięciu stron, które Corinne Michaels mogłaby wykorzystać na rozwinięcie wątków. Byłaby to historia bardziej rozbudowana, a co za tym idzie — byłabym skłonna uwierzyć, że mogłaby wydarzyć się naprawdę. Podoba mi się jednak to, w jaki sposób jest napisana ta książka. Autorka posługuje się lekkim językiem, sprawiając, że przez całą opowieść wręcz się płynie. Nie używa może zbyt zawiłych sformułowań, a opisy są raczej krótkie, jednak jeśli mam być szczera, nie przeszkadzało mi to. O miłości nie trzeba pisać barwnym językiem, by trafić do czytelnika. Można pisać o niej prosto i bez zbędnych ozdobników.
Obiecał, że do mnie wróci. Kłamał.
Według mnie Consolation nie przedstawia zbyt oryginalnej historii, jednak to nie znaczy, że uważam, iż nie warto po nią sięgać. Pokazuje problem radzenia sobie ze śmiercią ukochanej osoby, ale także opowiada o miłości, która rodzi się z przyjaźni. Bohaterowie wykreowani przez autorkę są bardzo ludzcy, przez co czytelnik śmiało może się z nimi utożsamiać. Wielu z Was zapewne stwierdzi, że to historia jakich wiele i nie warto poświęcać jej czasu. Inni zaś powiedzą, że to najpiękniejsza opowieść na świecie. Uważam, że jest w tej historii coś, przez co nie sposób się od niej oderwać, jednak to Wy musicie zadecydować, czy sięgniecie po nią i dacie jej szansę, czy wręcz przeciwnie — darujecie sobie.

*** 
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Szósty Zmysł.

21 września 2017

PRZEDPREMIEROWO: „Najlepszy powód, by żyć” Augusta Docher

Tytuł: Najlepszy powód, by żyć
Tytuł oryginalny: Najlepszy powód, by żyć
Cykl/seria: ? (tom 1)
Autor: Augusta Docher
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: OMGBooks
Liczba stron:
Data wydania: 27 września 2017

Są tematy, obok których trudno jest mi przejść obojętnie. Nie potrafię patrzeć na krzywdę, jaka dzieje się innym ludziom, na ich potknięcia, wypadki i tragedie, których nieustannie doświadczają.

Najlepszy powód, by żyć to szósta książka w dorobku autorki. Swoją premierę będzie miała za niecały tydzień, bo 27 września. Nie przeszłam obojętnie wobec żadnej książki pisarki i jak na razie strzałem w dziesiątkę okazała się seria o Wędrowcach (Eperu, Habbatum), którą mile wspominam. Z pozostałymi pozycjami bywało różnie — przypadały mi do gustu mniej lub bardziej. Byłam więc ciekawa, jaką książką okaże się najnowsze dziecko autorki.

Dominika zostaje dotkliwie poparzona i już wie, że powrót do normalności będzie trudny, zwłaszcza że diabelskiego czynu dopuścił się jej ojciec — najbliższa jej osoba. Zrezygnowana, nie chce walczyć o życie. Pomoc i wsparcie otrzymuje od młodego, przystojnego lekarza, który wierzy, że dziewczyna będzie jeszcze cieszyła się życiem. Wkrótce na jej drodze pojawia się Marcel, brat Tomasza, który od samego początku jest nią zainteresowany. Czy Dominika pozwoli, by Marcel zagościł na dłużej w jej życiu? Czy chłopak zaakceptuje Dominikę taką, jaka jest?

Wydawać by się mogło (a na to wpływ miały przede wszystkim zapowiedzi), że Najlepszy powód, by żyć to książka, która wprowadzi jakąś dozę świeżości do literatury młodzieżowej i samego nurtu New Adult, wokół którego oscyluje. Spodziewałam się naprawdę emocjonującej historii, która niejednokrotnie mnie wzruszy i zmusi do refleksji, ponieważ wydarzenia opisane w książce powstały na kanwie historii, która miejsce naprawdę. Skoro podstawą do napisania tej książki były takie wydarzenia, wierzę, że autorka rozeznała się w temacie i skrupulatnie się do tego przygotowała. W Najlepszym powodzie, by żyć natrafimy na realistyczne opisy terapii oraz rehabilitacji. Samemu wypadkowi też nie mam nic do zarzucenia, ponieważ został porządnie opisany przez Augustę Docher.

Narracja prowadzona jest naprzemiennie — raz z perspektywy Dominiki, raz z Marcela oraz od czasu do czasu poznajemy punkt widzenia Tomasza. Rozdziały nie zostały jednak oznaczone imieniem bohatera, którego myśli w danym momencie poznajemy, dlatego początkowo trudno jest się połapać, z którą z postaci mamy do czynienia. Zamiast normalnego podziału na rozdziały, autorka postawiła na ukazanie wydarzeń z dwóch perspektyw czasowych: teraz i przedtem. 

Fundamentem każdej książki są emocje. Jeżeli ich jednak nie ma, a sama powieść nie wywołuje w czytelniku jakichś większych odczuć i nie angażuje go w historię, to trudno mówić tu wyłącznie o małym uchybieniu ze strony autora. Niewątpliwie opis fabuły zapowiadał emocjonującą historię, pełną uniesień i wzruszeń, jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Najlepszy powód, by żyć jest nudny i niedopracowany. Jeżeli miałabym określić tę pozycję dwoma słowami, powiedziałabym: niewykorzystany potencjał. W tej książce zabrakło mi dosłownie wszystkiego: dobrze skonstruowanych portretów psychologicznych postaci, ciekawie rozwijającej się akcji, ukazania problemów w sposób, który faktycznie trafiłby do mnie tak, jak powinien oraz przede wszystkim — emocji. To one powinny tu odgrywać najważniejszą rolę, tymczasem obok wszelkich wydarzeń i sytuacji, w których znaleźli się bohaterowie (a szczególnie Dominika), przeszłam zupełnie obojętnie. Książka, która miała wywołać ogrom emocji, tak naprawdę sprawiła, że nie czułam czegokolwiek. Nie potrafiłam współczuć bohaterom, których postępowanie wydawało mi się irracjonalne i sztuczne. Chciałam jak najbardziej poznać Dominikę i wątpliwości, jakie nią targają, ale tego jej jojczenia, bo inaczej ciągłych narzekań nie da się nazwać, nie potrafiłam znieść, a jestem w miarę cierpliwym człowiekiem.

Nie wierzę w uczucie, które pojawiło się między Dominiką a Marcelem. Głównie dlatego, że tak, jak w przypadku Dance, sing, love Layli Wheldon, to uczucie pojawia się nagle i po prostu jest, a my nie mamy okazji dowiedzieć się, jak ono kiełkuje. Owszem, pojawia się kilka momentów, w których bohaterowie zachwycają się sobą nawzajem, ale według mnie to trochę za mało, by faktycznie mówić o prawdziwym, wszechogarniającym uczuciu. Relacja tej dwójki rozwija się bardzo szybko, jak na mój gust, zbyt szybko. Dominika staje się zagadką dla Marcela, przez co chłopak chce ją poznać, ale to, co robią bohaterowie, zupełnie do mnie nie przemawia. Ich zachowanie jest czasami dziwne, a oni mają wypaczone spojrzenie na rzeczywistość, która ich otacza.

Najbardziej w całej powieści spodobał mi się wątek z Tomaszem — bratem Marcela, który pojawił się dość niespodziewanie w życiu Dominiki, ale zdecydowanie był najjaśniejszym punktem tej powieści. Niestety, ale nie zagościł na dłużej w książce, ponieważ jego wątek bardzo szybko się urwał, co nieco mnie rozczarowało. Myślałam, że faktycznie będzie miał większy udział w całej historii, jednak może autorka poświęci mu więcej uwagi w kolejnej części.

W Anatomii uległości język, którym posługiwała się Augusta Docher, stanowił najmocniejszy atut książki. Polubiłam styl autorki — plastyczny, z dużą dozą barwnych opisów i bogatym słownictwem. Tym bardziej więc jestem zdziwiona, ale też rozgoryczona tym, na co natknęłam się w najnowszej powieści pisarki. Miałam wrażenie, że czytałam książki dwóch zupełnie różnych autorek, a nie jednej. Co więcej, próba wprowadzenia slangu młodzieżowego i po raz kolejny angielskich wstawek wypadły niekorzystnie. Sformułowane zdania, często krótkie i urwane, sprawiły, o czym informuję ze smutkiem, że ledwo przebrnęłam przez te 400 stron. Bardziej przemówiłaby do mnie powieść, która, owszem, jest napisana prostym językiem, ale nie jest stylizowana na gwarę młodzieżową, ponieważ wyglądałoby to o wiele naturalniej niż to, na co natknęłam się na kartach powieści.

Po zapoznaniu się z tą historią czuję rozgoryczenie. I to duże. Ostatnimi czasy natrafiałam na same dobre książki polskich autorów (z jednym wyjątkiem), a co za tym idzie — coraz częściej zaczęłam po nie sięgać. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję, że czas, by sobie zrobić przerwę od twórczości polskich autorów.

Zakończenie wprawiło mnie w lekkie zdezorientowanie, ponieważ od samego początku myślałam, że to historia jednotomowa. Nigdzie nie natknęłam się na informację, że Najlepszy powód, by żyć rozpocznie jakąś serię. Tymczasem ostatnie strony sugerują, że to nie koniec historii Marcela i Dominiki. Początkowo przez myśl mi przeszło, że autorka wolała zostawić historię z otwartym zakończeniem, jednak im dłużej o tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się to niedorzeczne, aż w końcu dałam sobie spokój z tymi przypuszczeniami.

Najlepszy powód, by żyć to książka z niewykorzystanym potencjałem. Pomysł autorki i inspiracja prawdziwą historią mogłyby wprowadzić dozę świeżości do nurtu New Adult, jednak problem leży przede wszystkim w sposobie, w jaki została opisana ta historia. Zabrakło wielu elementów, które powinny spajać tę opowieść w całość. Pozostałam obojętna na wszelkie wydarzenia opisane przez Augustę Docher, przez co nie jestem w stanie powiedzieć praktycznie nic pozytywnego na temat tej pozycji.
***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu OMGBooks.

20 września 2017

PREMIEROWO: „Najtwardsza stal” Scarlett Cole

Tytuł: Najtwardsza stal
Tytuł oryginalny: The Strongest Steel
Cykl/seria: Second Circle Tattoos (tom 1)
Autor: Scarlett Cole
Tłumaczenie: Ewa Skórska
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 352
Data wydania: 20 września 2017

Najtwardsza stal rozpoczyna czterotomowy cykl Second Circle Tattos. Z tego, co zauważyłam, każdy tom opowiada o innych bohaterach, choć są oni związani z poprzednimi częściami. Najtwardsza stal opowiada o Harper Connelly, która ukrywa się pod przybranym nazwiskiem przed byłym chłopakiem, który okazał się psychopatą i bardzo ją skrzywdził. Za każdym razem, gdy spogląda na swoje blizny na plecach, przypomina sobie o feralnym wydarzeniu. Wie jednak, że musi nauczyć się z tym żyć, jednak to nie takie proste, gdy ogarnia ją paniczny lęk. Postanawia zakryć blizny tatuażami. Pewnego dnia poznaje Trenta, tatuażystę, który od początku jest nią zaintrygowany. Ta dziewczyna wzbudza w nim uczucia, których nie czuł już od bardzo dawna. Czy dostanie szansę, by zbliżyć się do niej? Czy oboje ulegną uczuciu, które wtargnie niespodziewanie do ich życia?

Sama fabuła nie jest skomplikowana, co nie znaczy, że jest zła. Myślę, że niektóre z wątków zbyt szybko się rozwinęły, jednak całą opowieść oceniam bardzo pozytywnie. Świadczyć może o tym przede wszystkim fakt, że pochłonęłam historię Harper i Trenta w mniej niż sześć godzin, przy czym zarwałam pół nocy, by móc skończyć ją czytać. W książce mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, który powoli wprowadza nas w opowieść. 
— Gdy krzywdzi cię ktoś, kogo kochasz i kto powinien cię wspierać — uśmiechnęła się smutno — jak możesz komukolwiek zaufać?
Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po tej książce, ponieważ na rynku istnieje całe mnóstwo romansów i powiedzmy sobie szczerze — trudno jest się wybić i stworzyć coś oryginalnego od początku do końca. Nie nastawiałam się więc na spektakularną lekturę. To, co przede wszystkim mnie w niej zaskoczyło, to nawiązanie do Boskiej Komedii Dantego. Do tej pory Piekło Gabriela było jedyną serią, która czerpała inspiracje z twórczości tego poety, w dodatku robiła to tak umiejętnie, że nie sposób było się oderwać od poszczególnych tomów. W Najtwardszej stali ten motyw lub jak kto woli, nawiązanie jest nieco inne, ponieważ jest tylko elementem całej opowieści. Nie stanowi jej tła, bohaterowie nie mają innych wcieleń. Boska Komedia ma po prostu duże znaczenie dla jednego z głównych bohaterów. 

Z całą pewnością Scarlett Cole potrafi wzbudzić w czytelniku emocje. Od samego początku byłam urzeczona tym, jak przedstawia kolejne wydarzenia, jak układa dialogi i tworzy relację głównych bohaterów. Robi to niezwykle umiejętne, co jak na literacki debiut, zasługuje na uznanie. Nieczęsto zdarza się, by początkujący autor, tak dobrze radził sobie z dialogami i opisami. Gdy słuchałam opowieści Harper o tym, co ją spotkało, czułam ogromny smutek. Myślę, że podobny towarzyszył Trentowi, bo choć zgrywa pewnego siebie, pyszałkowatego faceta, to ma naprawdę wspaniałe serce, o czym przekonałam się niejednokrotnie podczas czytania Najtwardszej stali. Bohaterowie poznają się stopniowo i bez większego pośpiechu. Harper nie ma w ogóle zaufania do ludzi, co mnie szczególnie nie dziwi, biorąc pod uwagę to, co spotkało ją w przeszłości. Podobało mi się to, że autorka nie pchała postaci na siłę do łóżka, tylko zadbała o to, by każdy z nich miał własną historię. Przez całą powieść towarzyszą nam rozterki wewnętrzne bohaterów, poznajemy ich słabości oraz dowiadujemy się o rzeczach, których się boją. Harper i Trent są zdecydowanie przeciwieństwami, co nie przeszkadza im, w poznawaniu siebie nawzajem. Ich relacja jest jedną z piękniejszych, o jakich miałam okazję czytać. Są dla siebie oparciem w trudnych chwilach, choć niejednokrotnie trudno jest im się porozumieć.
Najtwardsza stal wykuwa się w najgorętszym ogniu.
Najtwardsza stal nie jest typowym romansem. Opowiada piękną historię o dziewczynie, która po związku z chłopakiem-katem, stara się pozbierać i uwolnić od traumatycznej przeszłości. Być może wielu z Was uzna, że takich historii jest na pęczki, a pierwszy tom Second Circle Tattoos niczym się nie wyróżnia. Mogę zgodzić się częściowo z pierwszym stwierdzeniem, bo faktycznie, historii takich, jak ta, jest już naprawdę dużo na rynku i pewnie będzie ich jeszcze więcej, jednak to, co czyni jakąkolwiek książkę wyjątkową, jest sposób, w jaki autor opowiada historię w niej zawartą. Najtwardsza stal zdecydowanie należy do książek, którym warto poświęcić chociażby chwilę. Pokazuje determinację bohaterki, ale również paniczny lęk oraz próbę walki ze swoimi słabościami. Udowadnia, że każdy zasługuje na odrobinę szczęścia i bezpieczeństwo. Odkrywa przed czytelnikiem blaski i cienie miłości oraz ukazuje jej różne oblicza, a także uświadamia, że każdego prędzej czy później dosięgnie ręka sprawiedliwości.
Jak człowiek, którego pociąga ocean, choć nie umie pływać, poczuła pociąg do drugiego człowieka, choć nie wiedziała, jak na to zareagować i pozostać bezpieczna.
To, co zdecydowanie nie zachęca, to sama okładka książki. O wiele bardziej podoba mi się szata graficzna oryginalnej książki. Jest żywsza i bardziej estetyczna. W polskiej wersji zostały użyte ciemniejsze kolory, które niezbyt przypadają do gustu. Zgaszone tło wyróżnia postać, jednak wygląda to karykaturalnie i sztucznie. Wolałabym, by ktoś poświęcił większą uwagę projektom okładek, ponieważ te historie aż się proszą o schludnie wykonane okładki!

Najtwardsza stal to historia, którą warto poznać. Nigdy nie pomyślałabym, że ta powieść wywoła we mnie tyle emocji, że pochłonę ją w ciągu kilku godzin, a przede wszystkim, że okaże się czymś więcej niż zwykłym, typowym romansem. Jak się okazuje, nawet debiutanci mogą pisać dobre książki, dlatego cieszę się, że dałam szansę Scarlett Cole. Jeżeli szukacie książki, od której nie sposób się oderwać, to sięgnijcie po opowieść Harper i Trenta, na pewno się nie zawiedziecie. 

***
Za egzemplarz i możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

17 września 2017

3 gorące premiery od wydawnictwa Insignis

Tytuł i autor: Młody świat — Chris Weitz
Premiera: 27 września 2017
Liczba stron: 360
Gatunek: literatura młodzieżowa, fantastyka
Tajemnicza epidemia zmiotła z powierzchni Ziemi dorosłych i dzieci, oszczędzając jedynie nastolatków. By przetrwać w chylącym się ku upadkowi świecie, młodzi łączą się w plemiona. Jefferson, mimowolny przywódca grupy zamieszkującej okolice Placu Waszyngtona, oraz Donna – obiekt jego skrywanej miłości – każdego dnia stawiają czoła niebezpieczeństwom postapokaliptycznego chaosu, świadomi, że ich dni są policzone. Gdy jeden ze współplemieńców wpada na trop lekarstwa, które pozwoli im się wymknąć nieuchronnej śmierci, pięcioro nastolatków wyrusza na ryzykowną ekspedycję. W drodze do celu będą musieli pokonać terytoria opanowane przez gangi, fanatyków i bojówki; ich wędrówkę będą znaczyły wymiany ognia, ucieczki, cierpienie i śmierć. Czy młodym bohaterom uda się ocalić wymierającą populację? Jakie mroczne zakamarki ludzkiej psychiki odkryją podczas tej ryzykownej eskapady?

Tytuł i autor: Zaślepienie — Aga Lesiewicz
Premiera: 27 września 2017
Liczba stron: 404
Gatunek: thriller psychologiczny
Znasz to uczucie. Twoje życie jest na właściwym torze i wszystko idzie zgodnie z planem. A potem nieoczekiwanie wydarza się coś, co wywraca twój świat do góry nogami. Takie rzeczy mogą przydarzyć się każdemu, ale w przypadku Kristin Ryder sytuacja przybiera znacznie gorszy obrót… Kristin jest dobrze zapowiadającą się fotograficzką. Mieszka w modnym lofcie w londyńskiej dzielnicy Hoxton wraz ze swoim chłopakiem Antonem, twórcą street artu. Kiedy Kristin zaczyna otrzymywać anonimowe e-maile, przestaje czuć się bezpiecznie. Niepokojące załączniki wskazują na to, że nadawca zna doskonale wiele faktów z przeszłości Kristin. Wkrótce jej życie wymyka się spod kontroli. Komu może zaufać? Czy zdoła odkryć tożsamość tajemniczego nadawcy, zanim będzie za późno?

Tytuł i autor: Miasto świętych i złodziei — Natalie C. Anderson
Premiera: 27 września 2017
Liczba stron: 512
Gatunek: thriller
Akcja książki rozgrywa się w fikcyjnym mieście Kenii − Sangui. Tina, główna bohaterka, wraz z matką ucieka z Kongo, licząc na rozpoczęcie nowego, spokojnego życia. Matka szybko znajduje pracę w charakterze pokojówki w domu bardzo wpływowej rodziny, której głową jest Roland Greyhill, jeden z najbardziej szanowanych biznesmenów w mieście, z czasem ojciec przyrodniej siostry Tiny − Kiki. Pan Greyhill nie zdobył jednak fortuny w uczciwych przedsięwzięciach − z czasem Tina dowiaduje się, że swą potęgę zbudował na korupcji i przestępczym życiu. Dlatego też kiedy jej matka zostaje znaleziona martwa w jego gabinecie, dziewczyna nie ma wątpliwości, kto za tym stoi. Targana żądzą zemsty, spędza kolejne cztery lata na ulicach Sangui, pracując w charakterze złodziejki dla lokalnego gangu sierot i dzieci ulicy. To właśnie to zajęcie pozwala jej pewnego dnia wrócić do posiadłości Greyhillów. Czy uda się jej wcielić w życie długo wyczekiwaną zemstę? Przekraczając próg rezydencji, odzywają się stare rany, a wspomnienia dawnych przyjaźni wprawiają w ruch bieg niebezpiecznych zdarzeń. Czy chęć odkrycia niewiarygodnej prawdy o zabójstwie matki − i o jego powodach – pozwoli bohaterce przetrwać lawinę wydarzeń?

***
Czekacie na którąś z tych książek? Ja bym chciała przeczytać szczególnie książkę Natalie Anderson!

© grafika i opisy książek: Insignis

12 września 2017

„Księga luster” Adam Faber

Tytuł: Księga luster
Tytuł oryginalny: Księga luster
Cykl/seria: Kroniki Jaaru (tom 1)
Autor: Adam Faber
Tłumaczenie: -
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 456
Data wydania: 14 czerwca 2017

Kiedyś zaczytywałam się w fantastyce. Każdego dnia pochłaniałam kilkadziesiąt stron książek, które przenosiły mnie do innych światów pełnych magicznych stworzeń i istot. Niezliczoną ilość razy czytałam Harry'ego Pottera i z utęsknieniem czekałam na swój list z Hogwartu. Potem zaczęłam natrafiać na coraz gorsze książki z tego gatunku, więc zaprzestałam sięgania po tego typu powieści. Zrobiłam sobie długą przerwę, choć pamiętam, że jakiś czas temu przeczytałam Heaven. Miasto elfów, które niestety nie okazało się satysfakcjonującą lekturą. 

Zanim bliżej przyjrzałam się tej książce, myślałam, że jest ona fenomenem wydawniczym, ale zagranicznego, a nie polskiego rynku. Gdy zdałam sobie sprawę, że autor jest Polakiem, byłam mile zaskoczona. Jednocześnie miałam pewne obawy, bo gdzieś w głowie kiełkowała mi inna myśl — że to się nie uda. Nie zrażałam się jednak i od razu zaczęłam czytać książkę.

Kate Hallander to typowa nastolatka: uczęszcza do liceum, spotyka się z przyjaciółmi i wiedzie spokojne, niezbyt ekscytujące życie. Pewnego dnia odwiedza sklep okultystyczny, w którym dostaje od właścicielki Księgę Luster. Dziewczyna zafascynowana książką postanawia wypróbować jeden z czarów — rzuca urok na kolegę ze szkoły, który jej się podoba, jednak niestety rzucone zaklęcie przynosi inny skutek. Przypadek sprawia, że księga staje się przejściem do Jaaru, równoległego świata, w którym żyją magiczne stworzenia.

Akcja książki rozpoczyna się od prologu, w którym poznajemy Fiona. Jest on ferem, który niestety, ale nie ma najlepszych stosunków ze swoim ojcem. Po burzliwej kłótni ucieka z domu, a wkrótce na swojej drodze spotyka nimfę Erato, która postanawia mu pomóc w odnalezieniu pewnej czarownicy. Jakby tego było mało, okazuje się, że zaginął magiczny kamień, który znajdował się w sklepie okultystycznym, do którego wybrała się Kate. Czy uda się go odzyskać? I jak poradzi sobie z tym wszystkim Kate, która nigdy dotąd nie miała do czynienia z magią?

Napis widniejący na tylnej okładce (Gdyby Harry Potter był dziewczyną, nazywałby się Kate Hallander!) sugeruje czytelnikowi, że w książce spotka bohaterkę na miarę Harry'ego Pottera, ale nie mogę się z tym zgodzić — wiem, że to jedynie chwyt marketingowy. Tym bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu po zapoznaniu się z książką. Jedyną rzeczą, która łączy te dwie serie jest obecność magii i nic więcej. Świat wykreowany przez Adama Fabera nie jest podobny ani trochę do świata wykreowanego przez Rowling. Rządzi się swoimi prawami i jest bardziej baśniowy, natomiast świat autorki Harry'ego Pottera jest w porównaniu do Jaaru brutalniejszy i mroczniejszy.

Nie bardzo wiem, do jakiej grupy docelowej jest skierowana ta książka: czy może do nastolatków wchodzących powoli w dorosłe życie, czy wręcz przeciwnie — do młodszych czytelników. Skusiłam się mimo tej niewiedzy i prawdę mówiąc, byłam mile zaskoczona tą pozycją. Może książka nie okazała się tak dobra, jak oczekiwałam, ale nie mogę powiedzieć, że źle się czułam, czytając ją.

To, co szczególnie mnie zasmuciło i rozczarowało, to kiepska kreacja głównej bohaterki. Jak na prawie dorosłą osobę, zachowuje się nieodpowiedzialnie i infantylnie. Za infantylnie, abym mogła ja obdarzyć jakąkolwiek sympatią. Niemiłosiernie irytują mnie postacie, które są głupie jak but i które właściwie nic sobą nie reprezentują. I taka właśnie jest Kate. Jej, jak i pozostałym bohaterom, brakuje wyraźnie zarysowanych charakterów. Każda z tych postaci jest po prostu mdła i nijaka, niczym się nie wyróżnia. Bohaterowie są z

Księga luster pobudza wyobraźnię i wciąga w wir zaskakujących wydarzeń. Dzięki tej opowieści czytelnik ma możliwość poznać gamę najróżniejszych magicznych istot, począwszy od czarownic, poprzez nimfy, gigantyczne owady, likantusy, aż po stworzenia zwane ferami.

Kroniki Jaaru. Księga luster to książka, którą śmiało można określić mianem dobrej. Fabuła wciąga czytelnika już od pierwszych stron, a świat Jaaru jest naprawdę imponujący. Niestety, ale mimo tego, że historia mi się podobała, nie potrafiłam nie zwrócić uwagi na pewne niedociągnięcia ze strony autora. Liczę jednak na to, że kolejny tom będzie zdecydowanie bardziej dopracowany, a ja nie będę miała do czego się przyczepić.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia