Fragment „Narodzin gniewu” Joanny Jax

Emil dostrzegł Adriannę, bo była kobietą, którą wyłuskałby wzrokiem nawet pośród tłumu. Stała, nieco zawstydzona, z rozbieganymi oczami, jakby chciała zapaść się pod ziemię ze wstydu, że musi handlować na rynku. Ona, wielka dama, która kiedyś wyśmiała jego zaloty, była teraz zagubiona i nieszczęśliwa. „Lekcja pokory numer jeden” – pomyślał ze złością Emil i z szerokim uśmiechem zbliżył się do kobiet.
– Dzień dobry pięknym paniom. – Ukłonił się nisko i ucałował najpierw dłoń Zenobii, a potem Adrianny.
– Widzi pan, jaki los nas spotkał, wszystko nam wojna zabrała – ze smutkiem powiedziała stara Daleszyńska.
Emil kolejny raz uśmiechnął się pod nosem.
– Wszystkich nas dotyka ta okropna wojna. A panie często tu bywają? Ja dzisiaj przyszedłem, żeby zobaczyć, jak to wygląda po nalotach. Czasami kupuję jakiś piękny drobiazg… – powiedział, patrząc badawczo na Adriannę.
– Ja to nie. – Zenobia machnęła ręką. – Ale moja córka to często. Taki to los ją spotkał. Zamiast się bawić, kiedy młoda, ona musi słoninę sprzedawać.
Matka postanowiła przejąć inicjatywę, bo jej córka wciąż stała jak słup soli, zawstydzona zajęciem, którym dotychczas pogardzała.
– Wojna nie wojna, trzeba jakoś żyć – westchnął Emil. – Jeśli panna Adrianna zechce, chętnie zaproszę ją na jakąś pyszną czekoladę i serniczek.
Adrianna podniosła głowę. I cały wstyd gdzieś się ulotnił. Jak widać, zrobiła na tym młodym elegancie wrażenie tak silne, że nawet czerwony nosek i potargana fryzura go nie zniechęciły, nie mówiąc już o tak mało romantycznej scenerii, jaką była stara walizka i roznoszące się wokół zapachy kiełbasy i słoniny. Spojrzała na matkę.
– Już niewiele zostało i wracam do Grójca, ale ty, dziecko, idź ze znajomym, rozerwij się trochę, coś ci się od życia należy. – Zenobia delikatnie popchnęła córkę w stronę Emila.
Adrianna była zadowolona z takiego obrotu sprawy. Wszystko było lepsze niż koczowanie w tym obrzydliwym miejscu, a poza tym ten człowiek zrobił na niej wrażenie. Był taki pewny siebie, spokojny i szarmancki.
Gdy opuścili Kercelak i szli zdewastowanymi ulicami, Emil stwierdził, że znalezienie jakiejś ładnej cukierni jest niemożliwe. Większość była zamknięta na głucho albo zrujnowana. Wiedział o tym, ale chciał jak najszybciej zabrać dziewczynę spod kurateli jej matki. Zaproponował gościnę u siebie. W normalnych warunkach Adrianna odmówiłaby, zdegustowana, ale teraz było inaczej. Panna Daleszyńska była zdesperowana.
Weszli na pierwsze piętro kamienicy, w której mieszkał, i Emil wpuścił Adriannę do swojego mieszkania. Rozglądała się, oszołomiona pięknymi meblami, srebrnymi paterami na kredensie i mięsistymi dywanami na podłodze. Potem usiadła w fotelu i zaczęła promiennie uśmiechać się do Lewina. Tymczasem Emil wyciągnął portfel, a z niego plik banknotów. Położył jej na kolanach i patrzył na nią, czekając na reakcję.
– Co pan robi? – zapytała niepewnie.
– Potrzebujecie pieniędzy, a ja je pani daję. To proste – odpowiedział dość ostro.
– Myśli pan, że jestem dziwką? – wydukała.
– Ależ skąd. – Uśmiechnął się szyderczo. – Może pani jednak okazać wdzięczność… albo nie. Wybór należy do pani. Tak, to będzie taka gra. Proszę policzyć pieniądze i zaproponować, w jaki sposób się pani odwdzięczyć.
Popatrzyła na niego, potem na pieniądze. Nie była to mała kwota jak na wojenne warunki. Musiał być bardzo zamożny, jeśli tak po prostu dał jej pieniądze, nie chcąc nic w zamian.
– Mogę pana pocałować – wyjąkała niepewnie.
„Wysoko się ceni” – pomyślał Emil.
– A skąd pani wie, że chciałbym tego? Może chodziło mi o pomoc w gospodarstwie, no nie wiem, albo w pisaniu listów? – Wyraźnie się z nią bawił.
– Sądziłam, że się panu podobam – bąknęła.
– Podoba mi się pani. Bardzo. Tak bardzo, że nie mam zamiaru płacić za pocałunki. Zrobi to pani za darmo? – Emil wyciągnął rękę po pieniądze.
– Potrzebuję pieniędzy – mruknęła.
– To niech je pani weźmie i już idzie – powiedział ostro. – I nie zachowuje się jak dziwka. Za takie pieniądze miałbym trzy najlepsze prostytutki z tego miasta, które potrafią robić rzeczy, o których pani nie ma pojęcia.
Adrianna schowała pieniądze i nieco zdziwiona, opuściła mieszkanie Lewina. Pomyślała, że źle to rozegrała.
A Emil powiedział do siebie, gdy wyszła: „Lekcja numer dwa, panno Adrianno. To ja teraz rozdaję karty, a ty będziesz słaniać się u moich nóg, żebym zechciał pokazać ci kilka sztuczek, które rozpalą cię do żywego”.
***
Kolejny fragment powieści znajdziecie jutro tu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję drogi czytelniku, że postanowiłeś przeczytać ten post. Będzie mi bardzo miło, gdy pozostawisz po sobie jakiś ślad w postaci komentarza i zmotywujesz mnie do dalszej pracy! :)

Pozdrawiam, Ola.

© Agata | WS.