Ariana | Blogger | X X

3 czerwca 2019

Nie taka najlepsza książka tego roku – „Jedyne takie miejsce” Klaudia Bianek


Po debiut autorki sięgnęłam zaraz po premierze. Uznałam, że nie mogę czekać, bo książka niedługo wyskoczy mi z lodówki. Na długo przed premierą zostaliśmy zalani falą zdjęć tej książki, przy których mogliśmy znaleźć pełne zachwytu komentarze traktujące o tym, jakie to „cudo”. Od samego początku coś mi nie pasowało w tych zachwytach, bo z nich wyraźnie wynikało, że nie niektórzy nie przeczytali tej książki (bo niby jak, dopiero ją otrzymali), a i tak się tym tytułem zachwycają.

Druga sprawa, która nie dawała mi spokoju, to napis, który możemy znaleźć na okładce – „najlepsza książka tego roku”. Podchodzę do takich chwytów marketingowych z ogromnym dystansem, bo zazwyczaj takie opisy nijak mają się do rzeczywistości. Marketing marketingiem, ale nie róbmy z czytelników idiotów. Swoją drogą, takie napisy na książkach sprawiają, że rosną oczekiwania względem tytułu, po który sięgamy, często też działają jak antyreklama.

Jeżeli liczyliście na kolejny post pochwalny i ukłony w stronę tej powieści to niestety, przeliczyliście się i równie dobrze możecie pominąć mój wpis. Zachwycać się nie zamierzam, bo... nie ma czym.
Tak jak już wcześniej wspominałam, zaczęłam czytać tę książkę tuż po premierze (czyli po 15 maja). Pewnie zastanawiacie się, skoro zaczęłam ją czytać tak dawno, to czemu moja opinia nie pojawiła się wcześniej. Wytłumaczenie jest proste: skończyłam ją dopiero dzisiaj rano. I nie było to spowodowane brakiem czasu. Ta książka najzwyczajniej w świecie jest tak fatalnie napisana, że nie byłam momentami w stanie przez nią przebrnąć. Podczas gdy zazwyczaj potrafię przeczytać książkę przez jeden dzień (a w zasadzie kilka godzin), tym razem męczyłam się przy tym tytule niemal trzy tygodnie. Tak, tak, mogłam nie kontynuować czytania tej książki, skoro tak bardzo się przy niej męczyłam, ale nie po prostu nie potrafię porzucać książek w trakcie czytania. Wolę dobrnąć do końca i przekonać się, czy może coś się zmieniło. Nie lubię oceniać książki po przeczytaniu kilkunastu stron.

Fabuły tej książki nie zamierzam przytaczać w tym wpisie, możecie znaleźć go zarówno na stronie wydawcy, na okładce książki, jak w wielu innych miejscach, więc opisywanie wszystkiego od początku wydaje się zbędne. Przechodząc do samej treści, nie znajdziemy w niej niczego odkrywczego, ani czegoś, czego nie moglibyśmy znaleźć w innych tego typu powieściach. Jedyne takie miejsce bowiem powiela każdy możliwy schemat i nie proponuje czytelnikowi niczego więcej. To jak wrzucenie do wielkiego wora najczęściej pojawiających się motywów i napisanie książki w oparciu o... każdy. Nie będzie więc spojlerem, jeżeli napiszę, o jakie motywy chodzi, a jest ich całkiem sporo. Samotne macierzyństwo, brak zainteresowania ze strony ojca, przyjaciel z dzieciństwa, postać bohaterki wykreowana częściowo na Mary Sue, próba samobójcza, problemy rodziców, zakochanie się w przyjacielu, tajemnicza tożsamość ojca dziecka. Wymieniać dalej? Proszę bardzo. Udawanie, że bohaterów nie łączy nic poza przyjaźnią, szukanie pocieszenia w ramionach innych osób, była dziewczyna, która OCZYWIŚCIE musi namieszać w pewnym momencie. Mogę wymieniać i wymieniać i zapewniam, że żaden wątek was nie zaskoczy (no chyba, że ktoś mieszka w dziupli całe swoje życie). I teraz może sobie pomyślicie, że wymyślam, bo przecież schematy w książkach to chleb powszedni. Jasne! Zgadzam się w zupełności, bo teraz napisać książkę bez żadnego schematu jest naprawdę trudno, jestem zdania, że to praktycznie niemożliwe, ale! Przecież książka to nie tylko motywy, które wykorzystuje autor. To również styl, wykreowani bohaterowie, klimat powieści! Ba, nawet najzwyczajniejsze opisy mają znaczenie w książce i człowiek najzwyczajniej w świecie czuje się rozczarowany, kiedy autor nie podejmuje wysiłku w zaoferowaniu czegoś więcej, a jedynie skacze po każdym możliwym wątku i nie szuka nowych rozwiązań. Rozczarowujące jest również to, że o ojcu dziecka dowiadujemy się wielu informacji już na początku książki, co całkowicie mnie zdezorientowało, bo miałam nadzieję, że autorka potrzyma nas trochę w niepewności.

Schematy schematami, ale kolejny element, który wpłynął na negatywny odbiór tej książki to... stereotypy! W Jedynym takim miejscu zirytowała mnie najbardziej scena u weterynarza i powierzchowne ocenienie drugiego człowieka na podstawie tego, jak wygląda jakiś element jego ciała. Tak, dobrze czytacie. Bo przecież atrakcyjność drugiej osoby to wyłącznie wygląd. Tutaj o atrakcyjności zdecydował orli nos. Ale spoko! Przecież potem trzeba było się jeszcze z tego pośmiać. Ubaw po pachy, naprawdę.

Bohaterowie są kalką bohaterów z innych powieści. On, zaradny, borykający się z jakimiś tam problemami, chłopak z wielkiego miasta, który o wiele lepiej czuje się na wsi i tęskni za spokojem. Oczywiście przeraźliwie przystojny (i ładnie pachnący, to najważniejsze). Ona to natomiast dziewczyna ze wsi, nieśmiała, zahukana, która potrzebuje dowartościowania ze strony innych ludzi. Jak na osobę, która nie chciała być oceniania przez kogokolwiek, z łatwością oceniała innych ludzi: ich zachowanie czy chociażby wygląd. Jednocześnie była kreowana na postać idealną (stąd moja wzmianka o Mary Sue), miła, uczynna, pomocna, kochana, przesłodka i tak do znudzenia. To uczyniło ją postacią niezwykle nijaką, pozbawioną jakichś większych wad. Jej zachowanie wzbudzało we mnie wyłącznie irytację, a dodatkowo wzrastała ona, kiedy reszta bohaterów zachwycała się Leną i jej idealnością. No cud, nie dziewczyna! Co ona jeszcze robi tutaj, na ziemi, skoro od razu powinni wziąć ją do nieba. Marnuje się na tym ziemskim padole! Dla mnie jej postać jest całkowicie przerysowana i odrealniona. Bohaterka zamiast skupiać się na życiu, na pójściu do przodu, na chociażby daniu dobrego przykładu swojemu dziecku, woli skupiać się na robieniu z siebie cierpiętnicy.

W książce pojawiają się również bohaterowie, którzy są całkowicie zbędni, mówiąc szczerze. Zarówno postać Klary, jak i Antka równie dobrze mogłyby w ogóle nie pojawiać się na kartach książki, bo nie mają jakiegoś większego wpływu na przebieg zdarzeń. Ich pojawienie się to raczej kwestia pójścia na łatwiznę i uraczenie czytelnika kolejną porcją schematów. Tym bardziej, że ich wątki są ostateczne porzucone.

Skoro pod względem fabularnym ta książka była dla mnie rozczarowaniem, to może jednak styl autorki wszystko mi wynagrodził? Nie. Myślę, że to głównie przez niego miałam ogromny problem przebrnąć przez całą książkę. Po pierwsze ta historia jest przepełniona zbędnymi zdrobnieniami wszystkich możliwych wyrazów, przez co czytelnik całkowicie czuje się wytrącony z równowagi. Synek, ławeczka, jabłuszko, obiadek, kaszka, takie ciągłe zdrabnianie słów nie wpływa, przynajmniej według mnie, na odbiór historii. Rozprasza i to bardzo. I ustalmy coś – zdrobnienia czasami są potrzebne, ale nie wtedy, kiedy są wykorzystywane niemalże na każdej stronie. Większość tych wyrazów swobodnie można było zapisać syn, ławka, obiad, kasza. Zdrabnianie wyrazów w tym przypadku to infantylizacja nas, czytelników. Druga rzecz, która nie podobała mi się w samym zapisie, to sposób wypowiedzi małego Marcela. Zrozumiałe jest to, że to małe dziecko i jego wymowa pozostawia jeszcze wiele do życzenia, jednak czy naprawdę konieczny był zapis, który uniemożliwiał płynne czytanie? „Kaska juz ceka?” – niby nic nad wyraz trudnego do przeczytania, a jednak robi różnicę.

Kolejną rzeczą, która nie dawała mi spokoju podczas czytania, to ciągłe przypominanie autorki o tym, jak ktoś ma na imię. Wydaje mi się, że skoro bohaterów w książce jest tak naprawdę garstka, to nie ma potrzeby przypominać każdego imienia w każdej możliwej sytuacji. W „Jedynym takim miejscu” można natknąć się na ciągłe powtarzanie zwrotów „babcia Teresa”, „dziadek Teddy”, ale czy to faktycznie ma sens w momencie, w którym to jedyni dziadkowie, którzy pojawiają się w całej książce? Nie występuje to wyłącznie w dialogach, ale również w opisach. Nie mniej irytujący jest ciągły zwrot „mój synek”, którym posługuje się Lena. Nie widzę potrzeby podkreślania na każdym kroku, że to jest JEJ syn. O tym doskonale wiemy od pierwszych stron książki, dlatego tym bardziej nie rozumiem takiej decyzji. Gdy czytałam tę historię niejednokrotnie towarzyszyła mi myśl, że ta książka jest napisana przesadnie w patetycznym stylu. Niby opisy były barwne i piękne (pomijając to, o czym pisałam wcześniej w tym akapicie), a mimo to wszystko wydawało się sztuczne. Ale to może tylko moje zdanie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju, a w zasadzie jest to błąd logiczny. Nie chciałabym spojlerować, więc napiszę to tak, by zdradzać jak najmniej z fabuły, ale nie daję gwarancji. Na początku książki jest wspomniane, że pieniądze na dziecko będą przelewane z konta rodziców ojca dziecka. Ale im dalej w fabułę, tym mamy zasugerowane zupełnie coś innego. Skoro to jednak konto rodziców, to nikt na dobrą sprawę nie zauważył, że te pieniądze gdzieś wypływają? Rodzice dali dostęp do konta swojemu dorosłemu synowi, który sam na siebie zarabia? Nie brzmi to dla mnie wiarygodnie, zwłaszcza, że fabuła potem sugeruje coś zupełnie innego. Niby nic wielkiego, ale jednak momentami człowiek się zastanawia, co jest nie tak.

Czy są w tej książce jakieś plusy? Podobały mi się postacie babci i dziadka, które autorka wykreowała w tej powieści oraz podejście do zwierząt, bo w książce jest ich całkiem sporo i ich wątki są jakoś w miarę sensownie rozpisane. Nawet relacja Alana z Marcelem wydaje się w porządku, bo nie była sztucznie prowadzona i czytelnik faktycznie mógł w nią uwierzyć, jednak jeśli mam być szczera, nie zwracałam na nią jakoś szczególnie uwagi, ponieważ inne irytujące elementy czy postacie, skutecznie mnie od niej odsuwały.

Czy „Jedyne takie miejsce” zaskakuje? Nie. Czy oferuje zatem ciekawe rozwiązania fabularne? Nie. Czy mogę określić ją dobrym debiutem? Niestety nie. Czy to najważniejsza powieść roku? Nie. Czy najlepsza? W moim odczuciu, zdecydowanie nie. „Jedyne takie miejsce” jedyne co mi przyniosło to ogromne rozczarowanie. Dodatkowo wzbudziło we mnie irytację i cholernie zmęczenie. A chyba nie o to chodziło. Klaudii mogę pogratulować debiutu, bo niejedna osoba marzy o wydaniu książki, liczę jednak, że kolejne, które stworzy będą napisane z większą uwagą, a ona sama będzie pracowała nad swoim warsztatem.

Jestem ciekawa, jakie wy macie zdanie o tej książce. Koniecznie się nim podzielcie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...